Tbilisi to border, 2010.08.01

For the moment no photos available for the Azerbaijan part… Disk crash problem…

Getting out of Tbilisi took us no more than a tick. Behind the coach station a picturesque Kamaz with a jolly driver inside stopped for us right away. We attached our backpacks to the cistern we got into a cabin that was pretty cramped to say the least… This is is the first bit of our multi-stage trip to the border; on the way we have a little tour around Rustavi (ugly, greyish, block-of-flat town) and I get a 50-year old horn for drinking alcohol. Azerbaijan welcomes us with a new, shiny, neat terminal. Unfortunately, we won’t be using it… The road makes a sudden bend and leads us to some shabby metal booths, where the actual procedure takes place. The new terminal has not been launched yet… The customs officers, obsessed with strawberry-shaped earrings of Magda’s. Don’t pay that much attention to Armenian stamps stamped directly on the Azeri visas. It only takes us one hour to cross, yaay… We catch the first hike easily in spite of low traffic. A friendly Turk invites us into his truck heading for Baku. On the way we stop often to have some meal and lots of tea. An extra attraction is police who stop our truck at some point. Speeding? Seatbelts not fastened? Not at all! The first question refers to marital status of the three of us – apparently Azeri women are only allowed to travel with their husbands or brothers, no other men at all. Fortunately, this law does not apply to foreigners.. However, we seem to have a different problem – three people in two-people booth. A discussion gets launched, soon transforming into something dangerously approaching a fight. We end up explaining the situation at police station. Our friendly Turk and his buddy who joined us on the road start a real big argument – it is starting to look like no fun anymore… But after half an hour of shouting, poking and pushing, the policemen… wish us a happy journey, calmed down with a bribe handed over by our drivers – however, our Turkish guy won’t admit it, he just keeps on cursing throughout the rest of the journey… Damn the Azeri police Mafia… From now on we are trying to avoid main roads – looked after by trickster patrols waiting for the money of all those innocent drivers… But even in the middle of nowhere we meet some cash-hungry cops… In the middle of the night we pull over to a parking lot and have a few hours’ nap.

***

Chwilowo brak materiału foto z Azerbejdżanu… Padnięty dysk…

Wydostanie się z Tbilisi odbyło się niemal w okamgnieniu. Wystarczyło, że przystanęliśmy paręset metrów za dworcem autobusowym, a po chwili zatrzymał się malowniczy Kamaz z rubasznym wesołkiem za kierownicą. Zamocowawszy plecaki na cysternie, ładujemy się do lekko przyciasnej kabiny… To miły początek kilkuetapowej podróży do granicy, podczas której zaliczamy m.in. wycieczkę objazdową po Rustavi (dość ohydne szaroblokowe robotnicze miasteczko) a ja otrzymuję w prezencie ponoć pięćdziesięcioletni róg cobym mógł z niego regularnie popijać. Azerbejdżan wita nas nowym, eleganckim, przeszklonym terminalem. Niestety, tuż przed bramą wejściową droga nagle skręca i prowadzi nas do obskurnych blaszanych bud, w których odbywa się właściwa odprawa. Nowego terminala nie oddano jeszcze do użytku… Celnicy, zafascynowani kolczykami Magdaleny udającymi truskawki, nawet niespecjalnie się czepiają ormiańskich pieczątek wbitych prowokacyjnie wprost na wizie azerskiej i po ledwie godzinie czekania przedostajemy się na drugą stronę. Pierwszy stop, mimo pustek na drodze, nadchodzi szybko. Sympatyczny Turek zaprasza nas do TIRa pędzącego do Baku. Rajd urozmaicają nam postoje, podczas których organizowane są posiłki i sesje herbaciane. Dodatkową atrakcję stanowi patrol policji, który w pewnym momencie zatrzymuje naszą ciężarówkę. Przekroczona prędkość? Niezapięte pasy? Nic z tych rzeczy! Pierwsze pytanie dotyczy stanu cywilnego całej naszej trójki – azerskim kobietom bowiem nie wolno podróżować w towarzystwie innego mężczyzny niż jej osobisty mąż lub brat. Całe szczęście, przepis ten nie dotyczy obcokrajowców… Pojawia się natomiast inny problem – trzy osoby w dwuosobowej kabinie to o jedną za dużo. Wywiązuje się dyskusja, przechodząca po chwili w szarpaninę i zakończona wizytą na posterunku. Nasz przyjazny Turek oraz jego kompan, który dołączył do nas po drodze, wszczynają awanturę – sytuacja zaczyna wyglądać nieciekawie, jednak po półgodzinnej wymianie zdań, wrzasków, szturchnięć i szarpnięć, policjanci… życzą nam miłej podróży, uspokojeni łapówką wręczoną przez naszych kierowców – choć co do tego ostatniego pewności nie mamy, bowiem nasz Turek nie chce nam wyjawić prawdy, klnie tylko przez resztę trasy na czym ten świat stoi i cóż to za mafia z tej azerskiej policji… Od tej pory unikamy głównych dróg, obstawionych patrolami naciągaczy, ostrzących sobie zęby na pieniądze naiwnych kierowców. Niestety, nawet przy wiejskiej drodze trafiamy na policjantów, tym razem szybko udobruchanych łapówką… W środku nocy zatrzymujemy się na parkingu i zaliczamy parę godzin snu.

Leave a Comment

Your email address will not be published.