Balkan countries 2019.10 – 2019.12 part 4

Shkoder

Partly rotten, partly renovated, Shkoder welcomes me with carts full of junk, Romany camp, spacious boulevards, all turned up pavements, pavements where little entrepreneurs sit… and so do lots of gentlemen who wait for something non-specific and they are killing their time with a game of domino… Later on I discover the neat pedestrian walk, mosques, churches… And the lake, where you definitely want to take a tour and hike up some nearby mountains… If the weather permits, that is….

And then, in the early morning, I discover an earthquake.

Nobody is panicking though, those things just happen in these parts of the world.

And I am impressed with the way that Albanians get organized to help those affected by the calamity… I am lucky to meet the great people from EKO Mendje (local NGO) and I join them, documenting their actions. People are bringing groceries, blankets, mattresses, whatever they can… I saw a powerful image in a kid coming by bicycle bringing two loaves of bread… Then we all go to temporary camps to distribute the goods. All is going well until we are requested to leave as the prime minister is coming to snap some photos…

Oh, and I meet the talkative Charles again. We decide to to visit the gypsy camp where we play a football game Europe vs. almost Europe.

Shkoder

Częściowo zaropiały, częściowo odnowiony Shkoder wita mnie wózkami ze złomem, romskim obozowiskiem, przestronnymi bulwarami ze zmasakrowanymi chodnikami, chodnikami zasiedzianymi przez drobnych handlarzy oraz przez panów czekających nie wiadomo na co i ten czas oczekiwania zabijającymi grą w domino… Dopiero później odkrywam schludny deptak, meczety, cerkwie, kościoły… I jezioro, wokół którego warto zrobić sobie rundkę a także wyskoczyć w okoliczne góry… Ale to przy sprzyjających warunkach meteorologicznych…

A potem, nad ranem, odkrywam trzęsienie ziemi.

Nikt nie panikuje, to się w tych rejonach co jakiś czas zdarza.

Za to imponują mi Albańczycy sposobem, w jaki organizują pomoc dla poszkodowanych… Mam to szczęście, że poznaję przefajnych ludzi z NGO o nazwie EKO Mendje i przyłączam się do nich, dokumentując ich akcję. Ludzie zwożą artykuły spożywcze, koce, materace, kto co może… Najbardziej rozbraja mnie chłopaczek, który podjeżdża rowerem i przywozi dwa bochenki chleba… Jedziemy potem rozdawać te dary w tymczasowych obozach. Akcja zostaje zakończona wyproszeniem pomagających z obozu, bo przyjeżdża premier i będzie pozował do zdjęć…

Ach, i w Szkodrze znowu spotykam wygadanego Charlesa. Wybieramy się do cygańskiego obozowiska, w którym rozgrywamy z dzieciakami mecz piłkarski Europa-prawie Europa.

Tirana

I am feeling a little stressed as I suddenly enter the highway… I ride it as fast as possible, just in case… And then there is another chunk of highway that I have to cover… Otherwise I would be adding lots of kilometers and winding tiny roads. At some point, a police car pulls over just in front of me. And so I think I am doomed. But no, they are only here to meet with their friends in a car that pulls over right after. And a few kilometres later I totally get convinced that you should ignore traffic regulations here… As I approach a long tunnel, road workers start waving at me and telling me I should go back and make a 20 km detour as bikes are totally not allowed inside…. And then they throw my bike on the back of their pickup car and give me a ride to the end of the tunnel…

And as for the city of Tirana – it’s big, contrasty, with lots of Hodza-socialist style architecture, patched with more Middle-Eastern squeezey, weird-shapey little buildings… A mosque here, a bazaar there, a museum, a pyramid… And some talkative (Italiano only) local elders, who might not own anything at all but that doesn’t mean they have no bottle of raki to share…

And do join the Free Walking Tour (aka pay as much as you want walking tour) – two hours’ walk fills you with quite some knowledge.

And one more recommendation – The English Hostel – good price, great location, tasty breakfast and the owner, an American guy, obsessed with clarinet music and raki – always ready to share either of those two.

It’s picturesque again on the road to Macedonian border, especially past Elbasan… It is a little somber, autumny but the sun is still sliding down the hills and glitters in ever colder waters of meandering river… The winter is closing on me.

Friendly Albanian people are greeting the freezing cyclist, wishing him good luck, some of them offering him bread… Albania doesn’t want to let me go. At the very end it throws one last barrier at me – the steep uphill ride past Prrenjas. One more look behind at the vast panorama of the valley… And here we are at the border.

Następny przystanek:

Tirana

Po drodze łapię lekki stres, bo ni z tego, ni z owego wjeżdżam na autostradę… Na wszelki wypadek przemykam po niej szybko, tak bardzo poboczem, jak tylko się da. A potem okazuje się, że czeka mnie kolejny kawałek autostrady… Ale gdybym chciał jechać zgodnie z wszystkimi przepisami, to bym się rozbijał krętymi dróżkami, nadkładając dzień drogi. W pewnym momencie, tuż przede mną, zjeżdża na pobocze radiowóz… Oho, czyli limit szczęścia na dziś wyczerpałem… Ale nic z tych rzeczy, przed radiowozem zatrzymuje się kolejne auto, z którego wysiada uśmiechnięty typ – po prostu znajomi, z których jeden jest policjantem, spotkali się się na pogawędkę. A już po paru kilometrach kolejny dowód na to, że przepisy w Albanii można i należy naginać. Na wjeździe do długiego tunelu machają na mnie pracownicy drogowi, że absolutnie nie wolno wjeżdżać rowerem i muszę sobie zrobić 20-kilometrowy objazd… Po czym oferują przewiezienie mnie przez tenże tunel autem roboczym… Niespodziewany rowerowy autostop:)

A Tirana – wielka, z mnóstwem kontrastów, Hodżowo-socjalistyczną morówkową architekturą, poprzetykaną bardziej bliskowschodnimi chaotycznie wobec siebie ustawionymi budyneczkami… Tu meczet, tam bazar, tu muzeum, tam piramida… Tu chętni do pogadania (po włosku!) starsi panowie, którzy choć nic właściwie nie mają, to jednak mają flaszeczkę raki i chętnie poczęstują… Warto wybrać się na dobrowolnie opłacane oprowadzanie po mieście – tzw. Free Walking Tour – w dwie godziny łyka się solidną porcję wiedzy i odbywa się całkiem miłą przechadzkę.

I jeszcze polecę The English Hostel – dobra cena, dobra lokalizacja, świetne śniadanie w cenie i właściciel – Amerykanin z lekką obsesją na punkcie muzyki klarnetowej i raki. Obiema pasjami chętnie się zresztą dzieli:)

Na trasie od Tirany do granicy macedońskiej robi się malowniczo, zwłaszcza za Elbasan… Trochę surowo, jesiennie, ale słońce wciąż przyjemnie rozpływa się po wzniesieniach i migocze na coraz bardziej zmarzniętej powierzchni meandrującej rzeki… Zima czai się za rogiem…

Mili napotkani ludzie pozdrawiają zmarzniętego rowerzystę, życzą powodzenia, częstują chlebem…

Albania nie chce mnie wypuścić… Na sam koniec rzuca mi ostateczną przeszkodę – ostry podjazd pod górę za Prrenjas. Jeszcze tylko spojrzenie za siebie i widok na rozległą panoramę doliny… I już granica.

Ohrid

They warn me about the snow as I cross the border. I choose not to believe them. My non-believing only works out a little as I dash through some snow indeed. I rub my hands and cycle on. I reach the lake from Struga town side… This place is trying to put on a resortey face, though there is plenty of Albanian chaos around. And everything is Albanian here, including the flags on top of the masts. Later I will hear stories of mutual distrust between Macedonians and Albanians living in Macedonia.

The city of Ohrid, however, is very Macedonian already. And I get to experience Macedonian hospitality right away… When I arrive, freezing, at the door of the hostel, the owner’s mother has a quick look at me and rushes me into family room and urges me to sit next to the stove, puts a cup of hot tea in my hands and brings the warm purry cat around. And as the owner arrives I learn he is a very hospitable person, too and he is happy with every guest arriving… Five stars for Point Hostel!

The town itself is worth visiting and experiencing its narrow streets, very Mediterranean-coastal architecture (even though it s a lake and we are quite far from the sea), there is a fortress, there is an amphitheater… And those views of the blue water and the mountains in the background. I bet it’s great to be hear in warm weather and to hike those peaks…

I park my bike here and get on a bus up North.

Ohrid

Na granicy ostrzegają mnie o śniegu na trasie. Postanawiam im nie wierzyć. I tą niewiarą udaje mi się trochę śniegu roztopić, ale tylko trochę. Co jakiś czas rozcieram zmarznięte palce i jadę dalej. Nad jezioro dojeżdżam od strony Strugi – miasteczka starającego się przybrać kurortowy wyraz twarzy, choć wszędzie dookoła wypływa barwny albański chaos… Bo tu wszystko albańskie jest, łącznie z powiewającymi dookoła flagami. Później się jeszcze nasłucham o podziałach i absolutnym braku zaufania Macedończyków do Albańczyków i vice versa…

Miasto Ohrid jest już z kolei bardzo macedońskie… A macedońskie oznacza dla mnie również przegościnne… Kiedy ląduję zziębnięty pod drzwiami hostelu, otwiera mi matka właściciela, szybko lustruje mnie wzrokiem i zaraz zapędza mnie do części budynku zamieszkałej przez gospodarzy, pod sam piec, wesoło buchający ciepłem i wręcza mi gorącą herbatę oraz kota do przytulania. Sam gospodarz też jest przemiły i cieszy się z obecności każdego gościa… Pięć gwiazdek dla Point Hostel:)

Samo miasto warte jest zwiedzenia i doświadczenia jego wąskich uliczek, bardzo śródziemnonadmorsko wyglądającej architektury (choć to przecież jezioro, a do morza kawał drogi!), jest nawet forteca i amfiteatr… I te widoki na błękit wody i góry w tle… Na pewno warto wrócić tu w sezonie i powłóczyć się wzdłuż wybrzeża, może ogarnąć jakiś trekking?

Zostawiam tu rower i robię wypad na północ, najpierw do…

Skopje

The capital city of Macedonia (now officially called North Macedonia) must have the highest number of statues and monuments per square kilometer… And each and every one of them refers to antiquity so intensely that you might start thinking that this is where Greece began… There is also a tightly packed Albanian borrough, reconstructed city walls, huge classicist building of all institutions… But I like Kenzo Tange’s works better – his buildings are a part of never fully realized plan of reconstruction of the city after disastrous earthquake of 1963. And there is also Mother Theresa’s house, with quite a number of interesting photo documenting different stages of her career. A little more interesting than I expected.

I was hoping I would take a train out of here to Kosovo but it’s kind of tough to find operating trains in the Balkans… And this one only runs in summer.

But there is a bus.

Skopje

Stolica Macedonii, obecnie już oficjalnie zwanej Północną, ma chyba największą liczbę rzeźb i pomników na kilometr kwadratowy… A każda z nich przywołuje ducha Antyku tak intensywnie, że aż można uwierzyć, że to Macedończycy dali początek Grecji… Jest też ścieśniona i posklepikowana dzielnica albańska, są zrekonstruowane mury, potężne klasycyzujące gmaszyska urzędów… A mnie się najbardziej podoba odjechana architektura Kenzo Tange – zrealizowana część wielkiego planu odbudowy miasta po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1963 r. I jest jeszcze dom Matki Teresy, ze sporą ilością zdjęć z różnych etapów jej kariery. Jest ciekawiej niż można było się spodziewać.

Liczyłem na to, że zrobię sobie stąd kolejowy wypad do Kosowa… Ale na Bałkanach w ogóle coś słabo z pociągami, a ten konkretny kursuje tylko sezonowo.

Ale jest autobus.

Kosovo

Pristina feels chaotic but in a friendly way. Mainly thanks to friendly people, eager to tell you how strongly they feel for their new country. Some places here are a little posh, others half-abandoned (the huge sports complex, what beautiful nightmarish-futuristic architecture!)… And Christmas is in the air…

I also visit Pec (Peje) – finally, a train! – and its ultrared Pec Patriarchate. Once more I arrive in a beautiful place but in the wrong season… The surrounding mountains are demanding that I hike them… But not in this kind of weather…

Kosowo

Prisztina jest wielce chaotyczna, ale w przyjazny sposób. Bo i przyjaźni są ludzie, chętnie opowiadający o tym, jak bliska ich sercu jest ich nowa ojczyzna. Niektóre miejsca są też trochę posh, inne pozostawione same sobie (centrum sportowe, cóż za piękna upiorno-futurystyczna architektura!)… A dookoła krąży duch świąt Bożego Narodzenia…

Odwiedzam jeszcze Pec (Peje) – w końcu połączenie pociągowe! – a w nim przeczerwoną cerkiew Pecowego Patriarchatu. Po raz kolejny kompletnie nie trafiłem z terminem – okoliczne góry aż proszą o wybranie się na przechadzkę… Ale nie przy tej temperaturze i nie w tej mgle…

Leave a Comment

Your email address will not be published.