Singapore, 2010.11.24

In the evening, after 4.5 hours ride on a coach (surprisingly fast pass through Malaysia-Singapore border; though maybe I should not be surprised after all – every evening half the Singapore leaves the place to stay for night in a cheaper place on the other side) I get to the city-state, international center for all business. I will only stay here for one day – I will only have time to walk the Mount Faber park, get the avant-gout of India (in its clean and organized form) in Little India, check out Chinatown (no quality found, especially after Malacca experience) and have a close look on some skyscrapers (they stand so close on to another that they must be hitting each other in windy weather). And I will fill myself up with Milo Ais – oh, I’m going to miss it a lot…

Evening metro to the airport, bus transfer to economic terminal and I’m ready for the Indian adventure. Before I proceed, though, the lade in check-in desk will stare at my visa for a long time – it is written out in a rather disorderly manner, thank you Mister Consul from the embassy in Tehran. Eventually I get the ticket but I must sign the declaration that I am fully aware that my visa looks bad…

Alrightie, I’m on the deck of the plane (cheap Tiger Airways) and in a couple of hours I will begin the last stage of my trip…

 

***

 

Wieczorem, po czteroipółgodzinnej jeździe autokarem (zdumiewająco szybka odprawa na granicy Malezja-Singapur; choć może ta szybkość nie powinna mnie zaskakiwać, wszak codziennie wieczorem pół Singapuru stąd wyjeżdża, by taniej nocować po drugiej stronie) docieram do miasta-państwa, międzynarodowego centrum interesów wszelakich. Spędzę tu zaledwie jeden dzień – zdążę tu jedynie przespacerować się po parku Mount Faber, zaliczyć przedsmak Indii (w wersji czystej i zorganizowanej) w Little India, odwiedzić Chinatown (nie dostrzegam tu żadnego uroku, zwłaszcza po zwiedzeniu Melakki) i obejrzeć z bliska kilka drapaczy chmur (stoją w takim ścisku, że przy większym wietrze najpewniej szurają o siebie). I jeszcze nałykam się Milo Ais, którego będzie mi bardzo brakowało…

Wieczorne metro na lotnisko, transfer busem do terminala ekonomicznego i już jestem gotowy na spotkanie z indyjską przygodą. Zanim to jednak nastąp, pani w check-inie długo będzie się zastanawiać nad moją wizą, wyjątkowo niechlujnie wypisaną w ambasadzie Indii w Teheranie. Ostatecznie decyduje się wydać mi bilet, ale dopiero po podpisaniu przeze mnie deklaracji, iż jestem świadom, że moja wiza brzydko wygląda…

Okej, ładuję się na pokład samolotu (tanie linie Tiger Airways) i już za parę godzin rozpocznę ostatni etap mojej podróży przed powrotem do Polski…

Leave a Comment

Your email address will not be published.