Mumbai, 2010.10.30

The train from Chennai to Mumbai (25 hours) is cramped but I’m lucky to have my berth for myself. Inside and outside mountains of rubbish are growing – the Hindus never use dustbins. The floor inside the train becomes filled with colours and nobody of the train staff ever cares to clean this mess up. This is sometimes done by “private enterprises” – unbelievably dirty boys who, on their knees, wipe the floor with a dirty rug and then stretch out their palm, waiting for some coins… There are so many beggars crossing the train, they get on at every station and walk all coaches in an endless procession. The old lady has hardly finished moaning about her misery when the singing blind boy walks in; the skinny bearded grandpa is still waving his palmless arm in my face when the legless guy limps holding onto his cane… And others are queuing – gypsies hitting the drums, a transvestite offering his (her?) blessings… Sometimes you might think this promenade has all been invented by some sick film director and you are just watching his picture… But this is really happening. In order not to get completely crazy, you have to become resistant in some way. You can’t help them all… A different film they’re playing outside the window, your eyes are treated to some bitter-sweet landscapes: a little bit of tropical forest, a roll of slums falling into pieces, decorated with coloured sari drying in the sun… The picturesque poverty – this is what we, the Westerners, snapping the shots like machines, adore and this is our reason for coming here. The fascination soon becomes awe, the peace of mind they promised in travel agency leaflet gets kicked out with that only leg of the beggar limping the street, your conscience might even be awakened… It is harder and harder to push that camera button, some of the images you’d rather just remember or – even better – forget…

The city of Mumbai grants you with some intense impressions, too – enormous colonial (the British never built such huge structures in their own country) and the poorest of the poor eating rice with their dirty hands from a piece of newspaper folded on the pavement, yellow-black cabs honking angrily, cricket players and their snow-white vests, the annoying hucksters… The latter are really difficult to get rid of, particularly when looking for a hotel… I almost put up a fight… Eventually I unite with one accidentally met Israeli (code name Jankiel) and we find a decent two-person room for 300 rupees a person, right next to the Gate of India and Taj Mahal hotel. Those two spots have to be checked out, especially that around the Gate there are often Bollywood scouts looking for Western-looking extras… I was trying to make myself visible but no luck this time…

Another place you just have to visit is Dhobi Ghat, the biggest manual laundry in the world. A view impossible to describe… Such big assembly of fabrics, colours, trousers, sari… And all those people – working harder than you can imagine, hardly ever using any modern technology at all – most of them hit the stone tubs with dry clothes dawn till dusk, bathing in the very same tubs once in a while, looked at by neighbours from other tubs and gawkers like myself.

Beware of those who offer you the “permit” for taking pictures. And please, do remain respectful when interfering into privacy of people working there…

So many other places to see in Mumbai, so many temples, mosques, palaces… Impossible to experience during such a short stay…

My coach to Goa is already waiting.

 

***

 

Pociąg z Chennai do Mumbaju (25 godzin) jest zatłoczony, ale całe szczęście mam swoją pryczę na wyłączność. Wewnątrz i na zewnątrz stopniowo rosną góry śmieci, bowiem Indusi nie uznają koszy. Podłoga pociągu wkrótce nabiera kolorów – do obowiązków obsługi nie należy bowiem jej sprzątanie. Zajęcia tego podejmują się natomiast „firmy prywatne”, jednoosobowe, tak brudne, że ledwie widać ich twarz, na klęczkach omiatające podłogę czarną od brudu szmatą i wyciągają dłoń po zapłatę… Żebrzących w pociągach jest zresztą wielu, dosiadają się na każdej stacji i przemierzają wszystkie wagony w niekończącym się pochodzie. Jeszcze jedna staruszka nie przestała lamentować nad swą niedolą, a już zaraz za nią śpiewa niewidomy chłopak; jeszcze suchy jak patyk brodacz nie skończył wymachiwać mi przed nosem kikutem ręki, a za nim kuśtyka kuternoga… A w kolejce jeszcze cyganie z bębenkami, transwestyta błogosławiący na lewo i prawo, człowiek bez nóg… Chwilami wydawać by się mogło, że korowód ten wymyślił jakiś chory reżyser, a ja po prostu oglądam film… Tymczasem to się dzieje naprawdę. Żeby nie zwariować, człowiek musi się uodpornić, przecież nie da się im wszystkim pomóc… Drugi film grają za oknem – kadry przemykające obok to słodko-gorzkie pejzaże: raz tropikalny las, raz odrapane slumsy, przyozdobione suszącymi się kolorowymi sari… Malownicza bieda – oto, co my, ludzie zachodu, pstrykający fotki na lewo i prawo, tak uwielbiamy i po którą się do Indii wybieramy. Zachwyt jednak łatwo przeobraża się w grozę, spokój ducha obiecany w folderze reklamowym zostaje wykopany jedyną zdrową nogą kaleki rozłożonego na ulicy, pojawiają się wyrzuty sumienia… Coraz trudniej przycisnąć spust migawki, niektóre obrazy lepiej po prostu zapamiętać, a jeszcze lepiej – zapomnieć…

W samym Mumbaju doznania również intensywne – imponująca kolonialna architektura (tak okazałych gmaszysk Brytyjczycy nigdy nie wznieśli u siebie) i obdartusy jedzące brudnymi palcami ryż z kawałka gazety rozłożonego na chodniku, wściekle trąbiące żółto-czarne taksówki, gracze w krykieta i ich śnieżnobiałe wdzianka, irytujący naganiacze… Od tych ostatnich ciężko się opędzić, zwłaszcza podczas poszukiwań hotelu. Na tyle ciężko, że w jednym przypadku prawie przechodzę do rękoczynów. W końcu zwieram szyki z przypadkowo napotkanym Izraelczykiem (pseudonim: Jankiel) i znajdujemy przyzwoity pokój dwuosobowy za 300 rupii od osoby, o rzut beretem od Bramy Indii i hotelu Taj Mahal. Te dwa punkty należy obowiązkowo odfajkować, zwłaszcza, że przy Bramie kręcą się często skauci bollywoodzkich wytwórni filmowych, poszukujący białych statystów. Mi się tym razem nie poszczęściło, choć starałem się być widoczny z daleka…

Innym miejscem, które trzeba zobaczyć jest Dhobi Ghat, największa pralnia ręczna świata – widok nie do opisania… Takie nagromadzenie tkanin, kolorów, spodni, sari… I ci ludzie – pracujący w pocie czoła, z rzadka tylko wspierający się zdobyczami nowoczesnej techniki – 90% praczy przez cały dzień wali mokrymi ubraniami w kamienne wanny, w których się zresztą później kąpią, obserwowani przez współpracowników z wanny obok oraz przez gapiów takich jak ja. Uwaga na naciągaczy, oferujących „pozwolenie” na fotografowanie i apel o umiar w ingerencji w prywatności ludzi tam harujących…

A poza tym, tyle jeszcze w Mumbaju świątyń, meczetów i pałaców… Nie do ogarnięcia podczas tak krótkiego pobytu…

A tymczasem czeka już na mnie autokar na Goa.

Leave a Comment

Your email address will not be published.