Mahabalipuram, 2010.11.28

I take the advice of Kris and skip sightseeing Chennai (formerly known as Madras) and I get on the bus or even two that carry me to Mahabalipuram (Mamallapuram) – the kind drivers explain to me where to get off. I only notice the noisiness, chaos and crowdedness of Chennai, as well as a corpse in a plastic bag carried by two skinny guys, I can also smell the presence of the river – before I can even see it in her pitch-black elegance, my nostrils get struck with a vile stench…

The buses somehow manage not to fall to pieces before completing the 60 km in just above 2 hours. I am relieved to get out of the hot, sweaty interior and start an intense sightseeing in Mamllapuram – there is an immensity of temples, one more impressive than the other, with all the amazing sculptures… The most famous one is the Shore Temple, picturesquely thrown right next to the beach (my advice is to enter through a hole in the fence – you save 250 rupees; the locals only pay 10)… Next to it – a little Shiva altar, sculpted hundreds of years ago, flushed with waves… And there is the characteristic rock, called Krishna’s butterball, whom the Brits couldn’t move, though they are said to have used a thousand of elephants to pull… This is what the souvenir seller is telling me, not wanting to sell me anything at all, he only wants to join me in my stroll, but maybe I will find a little while to visit his little shop (so called studio). We settle for an exchange – I get rid of my knife made in China as well as my dirty T-shirt (“Don’t worry, I will wash it”) and obtain a couple of souvenirs – it is high time I started collecting these…

Early in the morning when hundreds of little shops, so colourful and noisy last night, are still asleep covered with metal blinds, I’m having a walk at the seaside. I consider having a morning swim, but I change my mind after noticing an elderly mister crouching next to the sea, defecating and throwing his chef-d’oeuvre into the waves… Now I can see clearly all the excrements – human, cow, pig, dog, goat – lying around the beach… I make my stroll a little shorter and head back for Chennai. This time the means of transportation I take is a school bus – crowded more than you can imagine, with a dozen or so kids hanging outside, catching the wind in their hair…

 

***

 

Za namową Krisa odpuszczam sobie zwiedzanie Chennai (dawniej Madras) i ładuję się w autobus, a nawet dwa, do Mahabalipuram (Mamallapuram) – mili kierowcy instruują mnie, gdzie się przesiąść. Odnotowuję jeszcze hałaśliwość, chaotyczność i tłoczność Chennai, a także zwłoki w plastikowym worze, dźwigane przez dwóch chudzielców, wyczuwam też obecność rzeki – zanim ją ujrzę w jej całej smoliście czarnej okazałości, do moich nozdrzy dociera niemiłosierny smród…

Rozklekotane autobusy pokonują dystans 60 km w nieco ponad 2 godziny. Z ulgą wytaczam się z gorącego, dusznego wnętrza i rozpoczynam intensywne zwiedzanie Mamallapuram – świątynia na świątyni, co jedna to bardziej efektownie zdobiona rzeźbami – najsłynniejsza to Świątynia Nabrzeżna, położona malowniczo tuż przy plaży (polecam wejście przez dziurę w ogrodzeniu i zaoszczędzenie 250 rupii – to cena dla białasa, Indusi płacą jedynie 10), a obok wyrzeźbiony setki lat temu w kamieniu ołtarzyk Shivy, omywany falami oceanu… I jeszcze charakterystyczny głaz, zwany Krishna’s butterball, którego nie udało się ruszyć Brytyjczykom, choć podobno zorganizowali w tym celu tysiąc słoni… Tak przynajmniej gawędzi handlarz pamiątek, który nie chce mi nic sprzedać, tylko potowarzyszyć w zwiedzaniu, ale może jednak się skuszę i zajdę do jego sklepiku (tzw. pracowni). Miły sprzedawca przystaje na handel wymienny; pozbywam się m.in. noża turystycznego made in China oraz – z uczuciem pewnego zażenowania – brudnego T-shirtu („Nie szkodzi, wypiorę sobie”) a wchodzę w posiadanie kilku pamiątek, które czas najwyższy zacząć kolekcjonować…

Nazajutrz wczesnym rankiem, gdy setki sklepików, tak kolorowych i gwarnych wczoraj wieczorem, wciąż śpią przykryte metalowymi storami, wybieram się na spacer nabrzeżem. Rozważam możliwość porannej kąpieli, ale moje chęci studzi widok starszego pana, przykucniętego tuż nad brzegiem morza, defekującego w najlepsze mimo mojej obecności i wrzucającego swe dzieło pełnymi garściami w morskie fale… Jakby wyraźniej dostrzegam teraz odchody – ludzkie, krowie, psie, świńskie, kozie – zalegające na plaży… Skracam spacer do minimum i ruszam z powrotem do Chennai. I tym razem wybranym przeze mnie środkiem transportu jest autobus, jednak tym razem jest to autobus dość niezwykły – poziom jego zatłoczenia zostaje podniesiony do sześcianu, a to dlatego, że wszystkie okoliczne dzieciaki jadą właśnie do szkoły. Wszyscy na wszystkich wiszą, tu łokieć, tam kolano, tam broda pod pachą. Kilka, może kilkanaście osób nie mieści się wewnątrz – czepiają się zatem drzwi i okien autobusu i chwytają wiatr we włosy…

Leave a Comment

Your email address will not be published.