Kuala Lumpur, 2010.10.11

Evening landing in KL, coach to the centre (many companies to choose from, reasonable prices), short hostel research in Chinatown (oh, the cheapness!) and I make myself comfortable in a dormitory shared with one cool Pakistani and one delightfully ignorant Australian.

I will leave the sightseeing till tomorrow but I decide to have the first glance just before going to sleep. A good decision again – I bump into Ridz, nice guy that talks like a machine gun. He drags me to a cheap and cosy restaurant and invites me to his hometown. The scheduled departure time is tomorrow noon, thus I’m left with just a short while for discovering KL.

In the morning I decide to check out what everybody else would – the Petronas towers. Getting there with slightly chaotic and not-so-clean metro is a piece of cake, however getting to the viewpoint on the top is impossible – even though it is still early (9.00) all tickets for today have been sold. To become a lucky owner of the pass you need to queue way before 8.30 (this is when the ticket offices open)… Too bad, I’ll just snap a few shots outside and have a stroll in the centre of the city.

Kuala Lumpur is a complete chaos – I guess nobody was expecting the city to become this big and never bothered themselves with the idea of organizing roads into some logical system. KL is also a melting pot of cultures – Malay, Chinese, Indian as well as Westerners and even Iranians (finding a refuge from the regime in their homeland) are all here. One of characteristic features of Malaysia is the openness and the capacity of incorporating all influences. And the islamic-ness that stands in the very name of the republic does not mean any limitations for those who don’t follow Allah. Just before leaving KL I manage to have a glimpse of that multi-ethnicity manifested in all types of temples, mix of architectural styles, all the cuisines you can think of…

 

***

 

Wieczorne lądowanie w KL, autobus do centrum (mnóstwo przewoźników, rozsądne ceny), krótkie poszukiwania hostelu w Chinatown (tanio!) i lokuję się w dormitorium, współdzielonym z Pakistańczykiem i uroczo nicniewiedzącym o Azji Australijczykiem.

Zwiedzanie stolicy Malezji mam zaplanowane dopiero nazajutrz, ale jeszcze przed zaśnięciem postanawiam się wybrać na rekonesans. Decyzja okazuje się być jak najbardziej trafiona – po paru chwilach spotykam Ridza, sympatycznego kolesia, nadającego z prędkością karabinu maszynowego, który zaciąga mnie do sympatycznej i taniej knajpki, a następnie zaprasza do swojego rodzinnego miasteczka. Na zwiedzanie KL nie pozostaje mi wiele czasu, bowiem Ridz chce mnie stąd zabrać nazajutrz w południe. Postanawiam zatem z rana zaliczyć to, co najważniejsze, czyli wieże Petronas. O ile dojazd chaotycznym i nie najczystszym metrem nie nastręcza trudności, to wjazd na taras widokowy okazuje się być niemożliwy – mimo wczesnej pory (9.00) wszystkie bilety na dzień dzisiejszy zostały już sprzedane. Aby zostać szczęśliwym posiadaczem biletu trzeba się tu zjawić przed otwarciem kas (8.30) i odstać swoje w formującej się od rana kolejce… Nic to, pozostaje mi sfotografowanie wież z zewnątrz i spacer po centrum.

KL to chaos komunikacyjny – nikt tu się chyba nie spodziewał, że miasto się rozrośnie do takich rozmiarów, ani też nie zaprzątał sobie głowy ułożeniem głównych arterii komunikacyjnych w logiczną strukturę. Miasto to również miszmasz kulturowy – Malajowie, Chińczycy, Hindusi, a także Europejczycy a nawet Irańczycy, znajdujący tu masowo schronienie przed reżimem we własnym kraju. Jedną z cech charakterystycznych Malezji jest otwartość na przybyszów i umiejętność przyswajania ich wpływów. Zaś islamskość wpisana w nazwę państwa nie oznacza absolutnie żadnych ograniczeń dla innowierców. Przed wyjazdem zdążam zatem rzucić okiem na najbardziej oczywiste przejawy wspomnianej wielokulturowości – świątynie najrozmaitszych religii, pomieszanie stylów architektonicznych, kuchnie świata do wyboru, do koloru…

Leave a Comment

Your email address will not be published.