Colombo, 2010.09.03


Our trip to Sri Lanka happened quite unexpectedly – my schedule suddenly became a little “dense” when my friend called me to come to his wedding in China and we decided not to go to India this time as it would be a waste to stay there just for a couple of days. We found what seemed a good alternative – a 150USD connection with Colombo. Thus, we decided to spend a week in Sri Lanka.

Later on we understood this was not the smartest decision – this island has so much to offer that we would need a couple of months to explore it…

After landing in Colombo we go straight to CCF (Central Cultural Fund) where we plan to purchase the entrance ticket for all historic sites spread across the island (50USD, but it’s worth it – individual tickets sometimes cost 25 or 20 dollars). The seat of CCF is located in quite a special place – next to the UN building, protected with soldiers in huge numbers, wandering about the place with big guns hanging on their backs (military presence is clearly visible in all Sri Lanka – though officially the Tamil Tigers have been crushed, the situation is not 100% safe). While walking we cannot help noticing that the opinion about Colombo being one of the ugliest capital cities in the world is probably true… Though the omnipresent little restaurants called “hotels” have a charm impossible to deny….

In tourist information centre located in the building of Colombo railway station a very nice mister not only buys us the tickets to Kandy but he also invites us to his little hotel (real hotel, not a restaurant) in that town (out of season you can easily find places for 6-7USD a double, this time we pay 10 but it is well worth the price – a very reasonable standard, I can fully recommend Blue Haven hotel).

Railway trips are worth a separate paper or maybe a book: second and third (my favourite) class coaches are always cramped, you have to fight for your seat… I recommend you staying in the corridor, next to ever-open door from which you can hang outside as the locals do and stare at the landscapes passing in front of your eyes (you can have a good look as the speed of the train is never too high). Railway tracks often pass through slum areas, to be found very often in places where 2004 tsunami had its share of destruction (a couple of people told us of their experience – including dramatic climb onto trees to escape the waves; interesting thing – many of the houses have been rebuilt by Polish engineers).

 

***

Wizyta na Sri Lance wypadła nam dość nieoczekiwanie – z powodu napiętego terminarza (zostałem wezwany do Chin na ślub przyjaciela) musieliśmy zrezygnować z podróży do Indii. W poszukiwaniu alternatywnego rozwiązania znaleźliśmy tanie połączenie z Colombo (poniżej 150$ w jedną stronę) i postanowiliśmy poświęcić tydzień na zwiedzanie Sri Lanki.

Po niewczasie zrozumieliśmy, że to błąd: wyspa ma do zaoferowania tyle atrakcji, że aby je wszystkie spokojnie zaliczyć potrzeba kilku miesięcy.

Po wylądowaniu w Colombo kierujemy się zaraz ku CCF (Central Cultural Fund), gdzie planujemy zakupić karnet wstępu do miejsc historycznych rozsianych po całej Sri Lance (50USD, ale warto, bo pojedyncze bilety kosztują nierzadko po 25, 20 dolarów). Siedziba CCF ulokowana jest dość ciekawie, bo obok siedziby ONZ, otoczonej ogromną ilością żołnierzy, spacerujących po okolicy (obecność wojska wyczuwalna jest zresztą na całej wyspie – choć oficjalnie Tamilskie Tygrysy zostały rozbite, to sytuacja wciąż nie jest w 100% pewna). Przy okazji zauważamy, że opinia, iż Colombo jest jedną z najbrzydszych stolic świata, nie jest wcale przesadzona… Choć z drugiej strony nie da się odmówić uroku rozsianym wszędzie knajpkom, zwanym tutaj „hotelami”.

W biurze informacji na dworcu kolejowym przemiły pan nie dość, że kupuje nam bilety na pociąg do Kandy (centrum kraju), to jeszcze zaprasza nas do swojego hoteliku w tymże mieście (poza sezonem można na Sri lance nocować od 6-7 dolarów za dwójkę, my tym razem płacimy 10, ale warto – standard jest naprawdę przyzwoity, z czystym sumieniem polecam hotel Blue Haven).

Podróże koleją to odrębny temat: w drugiej, a zwłaszcza trzeciej (mojej ulubionej) klasie prawie zawsze panuje ścisk, o miejsca siedzące trzeba zaciekle walczyć… Ja polecam miejsce w korytarzu przy wiecznie otwartych drzwiach, z których można – wzorem miejscowych – pozwisać na zewnątrz i popodziwiać krajobrazy mknące przed oczami (choć mknące to niewłaściwe określenie, bardziej pasowałoby „dostojnie kroczące”, zważywszy na prędkości rozwijane przez lankańskie pociągi). Trakcje kolejowe często przecinają podmiejskie dzielnice slumsów, skleconych z byle czego, występujących w dużym zagęszczeniu zwłaszcza na terenach zniszczonych przez tsunami w 2004 r. (parę osób opowiadało nam o swoich doświadczeniach – łącznie z dramatyczną wspinaczką na drzewo celem uniknięcia porwania przez fale; co ciekawe – wiele spośród zniszczonych domów zostało odbudowanych przez Polaków).

Leave a Comment

Your email address will not be published.