Anuradhapura, 2010.09.05

Next stop: Anuradhapura. A truly magical place thanks to the historic “theme park” – on a big surface countless thousand and more years old structures are scattered – among other items the once biggest brick dagoba – Jetavana (with bunches of monkeys walking it up and down), 2000 years old Bodhi tree and Abhayagiri dagoba – currently under repair (when the guard was not watching we climbed the scaffoldings passing hundreds of surprised female workers who pass the bricks from one hand to the other, thus organizing transportation to the top of the structure).

And all that we get to see thanks to Surgath, the owner of nearby restaurant, who got to like us so much that not only he drove us around but he also made us taste the delicious Ceylon tea, took us to participate in a ceremony in the temple of Ganesha, where I receive blessings and protection against all evil (the mass is quite interesting, consisting mostly in eating), then he invited us to a roof party and at the end of the day he brought us to … a funeral banquet (this time we took over the steering wheel as our host had been drinking). That banquet was an odd experience, too – we could see no signs of sadness at all – everybody was chatting joyfully, playing cards, telling jokes and chewing on bethel…

***

Następny przystanek to Anuradhapura – miejsce przemagiczne, głównie ze względu na „park atrakcji” historycznych: na rozległym terenie rozrzuconych jest mnóstwo budowli sprzed tysiąca i więcej lat – m.in. największa swego czasu ceglana dagoba – Jetavana (oblepiona chmarami wałęsających się małp), ponad 2000-letnie drzewo Bodhi i dagoba Abhayagiri, gdzie trwają obecnie prace konserwacyjne i gdzie – pod nieobecność strażnika – można się wspiąć po rusztowaniach, mijając po drodze tłum zdziwionych robotnic, podających sobie z rąk do rąk cegły, wędrujące tym sposobem na sam szczyt dagoby.

A wszystko to oglądamy dzięki życzliwości Surgatha, właściciela pobliskiej knajpki, który polubił nas na tyle, że nie dość, że – zupełnie za darmo – urządził nam objazdówkę po zabytkach, ale również poił nas wyśmienitą cejlońską herbatą, zabrał nas do świątyni Ganeśy – boga-słonia, w której otrzymuję błogosławieństwo i ochronę przed złymi mocami (tutejsza „msza” wygląda bardzo ciekawie i polega głównie na objadaniu się ryżem i owocami), następnie zostaliśmy zaproszeni na wspólne śpiewy na dachu domu, a na koniec zawiózł nas na… stypę (tym razem to my prowadziliśmy auto, bowiem nasz gospodarz był już lekko wstawiony). Ciekawa sprawa – na stypie nie dało się wyczuć atmosfery smutku czy przygnębienia – wszyscy rano rżnęli w karty, żuli bethel i żartowali…

Leave a Comment

Your email address will not be published.