Yazd, 2010.08.26

We reach the Yazd coach station so early that we decide to have a nap in the grass and sleep some more…

Woken up with shouts of hucksters, we hit the town – before it gets too hot to walk at all. We take local bus to Dowlat Abad garden, surrounded with a wall and fat towers and big wind tower dominating over the whole construction. You can see those towers everywhere in Yazd – they used to make an early air-conditioning system.

We get lost in the narrow streets full of clay houses – Yazd is the perfect place if you are a fan of old architecture. On our way we bump into the museum of Quran and other holy books – we cannot really appreciate the beauty of the words but we admire the elegance of the letters meticulously written on those pages of hundreds of years…

Accidentally we enter a mirror mosque – a truly amazing place! Millions of precisely cut pieces of glass flick with every tiny move that takes place inside the temple. I walk the soft carpets among crying women and men mumbling something in a sort of a trance… I stare speechless at the ceiling shining at me with those mirror eyes…

At lunch time we reach Amir Chakhmakh – the gate in the city centre, once a part of splendid temple complex, now a space for some shops and restaurants – one of the restaurants is open and – event though it is Ramazan – we manage to eat something. A bunch of soldiers eating at the table next to ours shows us the right way of eating chizi – a sort of purée with meat. Then a couple of photos together and we are free to leave.

Next to Amir Chakhmakh we find a hostel of the same name – we enter just to check and … we stay, finding a friendly owner and a promise of an interesting excursion next day.

In the evening we lodge on the roof (5 dollars a bed) and meet a great bunch of people from Baluchistan – they smoke water pipe for half the night and they speak no English or even Persian. We fall asleep in the best viewpoint in the whole town – the panorama of roofs and the light-up gate set us in a dreamlike condition…

And next morning we start the big tour! We all go together – me, Magdalena, Łukasz, Polish traveller we met on our roof, Czech couple and two drivers, father and son, the son having the looks of a serial killer.

We take one day to drive around the surroundings, we visit caravanserais, huge ice tanks, abandoned clay villages forming multi-level labyrinths where we run and jump like kids. We also climb the shaking minaret – I will never say a bad word about those muezzins anymore, no matter how bad singers they might be – squeezing through those twisted narrow corridors leading to the top is not an easy task… We stuff ourselves with pomegranates growing basically everywhere – they taste a little sour – it is not yet the right season – but I find them delicious.

At the end of the trip we visit the infamous tours of silence – old Zoroastrian structures located in the outskirts of Yazd. Not that long before (70 years ago those practices were banned) they were used as the place for abandoning dead bodies, leaving them to wild birds. Built on top of hills those towers overwhelm with their gloominess and …silence, a lot more silent than any other. At the foot of the mountains are “modern” Zoroastrian tombs, very similar to what we are used to in Europe. Though not very numerous anymore – it is said that there only a couple of thousands left in Iran – Zoroastrians still follow their beliefs and visit their holy places.

And in the evening – again – a night bus. Direction: Tehran. Our final visit…

 

***

 

Na dworzec autobusowy zajeżdżamy tak wcześnie, że aż musimy się położyć na trawie i dospać kilka brakujących godzin.

Obudzeni wrzaskami autokarowych naganiaczy, ruszamy do miasta – zanim zrobi się niemiłosiernie gorąco, jak zawsze w południe. Komunikacją miejską dostajemy się do Dowlat Abad garden, otoczonego murem i pyzatymi basztami, z pokaźną wieżą wiatrową w środku – wież takich jest zresztą w Yazd jest mnóstwo – stanowiły one wczesną formę klimatyzacji i wiele z nich zachowało się do dziś.

W następnej kolejności gubimy się w gąszczu wąskich uliczek zapchanych domkami z gliny – Yazd to prawdziwa uczta dla oczu wypatrujących starej architektury. Podczas naszej wędrówki trafiamy do muzeum Koranu i innych świętych ksiąg – choć nie jesteśmy w stanie docenić piękna zawartego w treści, to przynajmniej możemy się pozachwycać elegancją zawijasów wypełniających karty kilkusetletnich tomisk.

Zupełnie przypadkiem pakujemy się do lustrzanego meczetu – piorunujące wrażenie! Miliony precyzyjnie przykrojonych kawałków lustra migoczą przy każdym, najdrobniejszym ruchu, zachodzącym we wnętrzu świątyni. Stąpając po miękkich dywanach pośród szlochających kobiet i mężczyzn bełkoczących coś w transie, wpatruję się oniemiały w sufit, migoczący do mnie lustrzanymi oczami…

W porze obiadowej docieramy do Amir Chakhmakh – bramy w centrum miasta, stanowiącej niegdyś część wspaniałego kompleksu świątynnego, a obecnie dającej schronienie kilku handlarzom i restauratorom – jedna z knajpek jest nawet otwarta i, mimo trwającego Ramadanu, udaje się nam coś zjeść – obecna tu mocna ekipa żołnierzy prezentuje nam instruktarz spożywania chizi – rodzaju purée z mięsem. A potem kilka wspólnych fotek z mundurowym i już jesteśmy wolni…

Tuż przy bramie Amir Chakhmakh trafiamy na hostel o tej samej nazwie – z ciekawości zachodzimy do środka i… zostajemy, zachęceni miłą atmosferą i sympatyczną gadką właściciela i obietnicą jutrzejszej wyprawy po okolicach miasta.

Z innej beczki: udaje mi się w końcu naprawić niedomagające od pewnego czasu buty – za równowartość dolara uliczny szewc fachowo rozwiązuje mój problem. Znowu mogę chodzić!

Wieczorem lokujemy się na dachu hostelu (5 dolarów) i spotykamy przemiłą ekipę z Beludżystanu – przez pół nocy pykającą fajkę wodną i nie mówiącą w żadnym normalnym języku… Zasypiamy w najlepszym punkcie widokowym w całym mieście – panorama dachów Yazdu i podświetlana brama Amir Chakhmakh wprawiają w stan sennej błogości…

A nazajutrz rano – wycieczka objazdowa! Ruszamy mocną ekipą: ja, Magdalena, poznany na hostelowym dachu Łukaszem, podróżnikiem z Polski, sympatyczną parką czeskich studentów oraz z naszymi kierowcami – jeden z nich ma fryzurę za milion dolarów i fizjonomię boksera, a drugi, ojciec pierwszego, jest zupełnie normalny:)

Wykonujemy całodniową rundkę po okolicy, zaliczając karawansaraje, gigantyczne zbiorniki na lód, opuszczone gliniane wnioski, tworzące kilkupoziomowe labirynty, po których brykamy wesoło jak dzieci. Gramolimy się również na chyboczący się minaret – nigdy więcej nie powiem nic złego o muezinach, nawet tych najbardziej fałszujących – przeciśnięcie się krętymi wąskimi korytarzykami prowadzącą na szczyt budowli wymaga niezłej formy… Poza tym obżeramy się rosnącymi wszędzie owocami granatu – co prawda są nieco kwaśne, wszak to jeszcze nie sezon, ale mi osobiście ich smak pasuje jak najbardziej.

Na zakończenie objazdówki nie lada atrakcja, czyli wieże milczenia – stare zoroastryjskie konstrukcje położone na peryferiach Yazdu, służące jeszcze do niedawna (ok. 70 lat temu praktyk tych zakazano) jako miejsce porzucania zwłok, wydawanych na pastwę krążących wokół ptaszysk. Wzniesione na szczytach gór, wieże przytłaczają swoją posępnością i … ciszą, w jakiś osobliwy sposób cichszą od innych cisz. Zaś u stóp góry mieści się cmentarz zoroastryjski w uwspółcześnionej formie, podobnej do cmentarzy katolickich. Choć wyznawców zoroastryzmu nie pozostało w Iranie wielu – ponoć tylko kilkadziesiąt tysięcy – to wciąż praktykują swą wiarę i odwiedzają swoje święte miejsca.

A wieczorem – jak zwykle – nocny autobus. Kierunek: Teheran. Tym razem po raz ostatni…

Leave a Comment

Your email address will not be published.