Baku, 2010.08.02

In the morning, recharged with a tasty breakfast prepared by our drivers (they seem to have all you can imagine in their portable kitchen) we are left on the outskirts of Baku, where we hop on a bus and we reach the city centre after one hour, noticing all those amazing sandy-petroleum landscapes.

First thing to do here is getting the visas: Uzbek and Turkmen. The welcome in Uzbekistan embassy is very warm ( the concierge remembers well my home town, Zielona Góra, where Soviet song festival used to be held; he was a massive fan, watched it every year on TV) but things get worse as we enter. Getting visas to both those countries is so complicated, long-lasting and pricey that we decide to alter our route…

Planning is best when you do it on the beach. We head for Shykhov then – a sandy-rubbishy strip of land watered with the warm petrol soup also called Caspian Sea. The atmosphere is great. After a short talk with two obese, hairy wrestlers rolling in the sand, we get an invitation to have a sweet tea with lifeguards. Technical detail: they don’t use spoons here; just put a sugarcube into your mouth and filter hot tea through the cube.

After the lifeguard duty is over, we are handed to two ship mechanics and one captain, Najaf, who sips a beer (I though Muslims did not drink alcohol; well, things are different in Azerbaijan – the soviet influence!) and invites us to have a trip together this Friday.

 

***

 

Rano, po pożywnym śniadaniu przygotowanym przez naszych miłych kierowców (czego to oni nie mają w ichniej podróżnej kuchni!), zostajemy odstawieni na rogatki Baku, gdzie wskakujemy w autobus i – obserwując spod półprzymkniętych powiek morsko – piaszczysty pejzaż, upstrzony kiwakami wydobywającymi naftę – po godzinie jazdy docieramy do centrum.

Pierwsza sprawa do załatwienia to wizy: uzbecka i turkmeńska. Mimo miłego powitania w ambasadzie Uzbekistanu (odźwierny dobrze pamięta moje rodzinne miasto – Zieloną Górę – z czasów festiwalu piosenki radzieckiej, który regularnie oglądał w telewizji), czekają tu na nas niewesołe wieści. Zdobywanie wiz do obu -stanów jest na tyle skomplikowane, długotrwałe i kosztowne, że postanawiamy zmodyfikować dalszą trasę…

Jak planować, to na plaży. Ruszamy zatem do Szychow – piaszczysto-śmieciowego placka podlewanego gorącą wodą z kałuży o smaku i zapachu ropy, zwanej również Morzem Kaspijskim. Atmosfera – wspaniała. Po krótkiej rozmowie z dwoma otyłymi, włochatymi zapaśnikami, tarzającymi się w piachu, zostajemy zaproszeni na herbatkę do kanciapki ratowników. Uwaga techniczna – łyżeczki stanowią tu zbędny dodatek; jeśli ktoś ma ochotę na słodką herbatę, po prostu wrzuca sobie kostkę cukru do ust i cedzi napój przez zęby.

Po zakończeniu ratowniczego dyżuru zostajemy przejęci przez dwóch mechaników okrętowych i jednego kapitana, Nadżafa, który, sącząc z nami piwo (teoretycznie praktycznie mianowicie muzułmanie nie pijają alkoholu…), zaprasza nas na wycieczkę w góry w najbliższy piątek…

One Reply to “Baku, 2010.08.02”

Your email address will not be published.