Ala verdi, 2010.07.20

Equipped with ultraexpensive Azerbaijani visas (obtained in one day via travel agency recommended by the embassy) we head for Armenia. Our new and fresh visas get decorated with Armenian border officer’s stamp – a way of manifesting hostility towards Azerbaijan. Let’s hope this will not make our trip complicated later on…

As for complications… Though entering Armenia is easy and cheap (9 euros, visa obtained at the border) we get quite a nasty surprise: you have to pay a lot of money for bringing your own vehicle in the country. They tell us that this is a road and environment tax – a funny thing to say in a country where roads consist mostly of holes and nobody cares about the environment…

Flashforward through a litany of curses and we’re already rolling along the curvy roads leading to Yerevan; we run so fast that we have to experience close encounters with local police. However, Bartek is a pro and he gets away from paying anything this time.

We simply had to stop in Ala verdi – this town will astonish you, trust me… With the immense capacity of the man to destroy natural landscape and to cover it up with industrial monsters and grey blocks of flats.

Poor Patricia is gasping when climbing on top of nearby mountain… When we get there we see the industrial-rocky landscape that leaves you puzzled. This view before our eyes (and 70% chacha in our bellies) we fall asleep.

***

Wyposażeni w arcydrogie wizy azerskie (zdobyte w ciągu jednego dnia za pośrednictwem agencji turystycznej poleconej przez ambasadę) ruszamy do Armenii. Na granicy nasze świeże i pachnące wizy zostają upstrzone pieczątkami celników ormiańskich, co jest jednym ze sposobów manifestowania ichniej niechęci wobec Azerbejdżanu. Oby nam to nie skomplikowało ciągu dalszego wyprawy…

A propos komplikacji – choć wjazd do Armenii jest tani i prosty w obsłudze (wiza za 9 euro uzyskiwana na granicy), spotyka nas, a zwłaszcza Bartka niemiłe zaskoczenie: otóż wjazd i wyjazd wszelkich aut jest słono płatny i nie ma możliwości wykpienia się. Dziwny to podatek na rzecz ekologii i dróg – w kraju, w którym jedno nie istnieje a drugie jest nieprzyzwoicie podziurawione.

Kilkanaście, może kilkadziesiąt przekleństw później już zasuwamy po krętych dróżkach prowadzących ku Erewaniowi – pędzimy na tyle szybko, że zaliczamy bliskie spotkanie z lokalną policją. Tym razem wystarcza urok osobisty Bartka i znów prujemy wprost przed siebie.

Musimy się jednak zatrzymać w Ala verdi – widok miasteczka nie tyle nas zafascynował, ile wypełnił trwogą i zdumieniem nad niczym nieograniczoną zdolnością człowieka do psucia pięknego krajobrazu industrialnymi potworami i szarymi blokowiskami (z tym, że blokowiska ormiańskie budowane są zawsze z kamienia).

Patrycja, postękując, wspina się na pobliską górką, z której widok na industrialno-skalny pejzaż wprowadza spory zamęt do głów zaskoczonych turystów. Z tym widokiem przed oczami zasypiamy, pokrzepieni 70-procentową ormiańską czaczą.

Leave a Comment

Your email address will not be published.