Haifa + Golan Heights + Sea of Galilee 2010.06.09

A couple of days before, while in Limassol, I wanted to find a ferryboat that would bring me to some of those interesting countries just across the sea – Syria, Lebanon, Israel or Egypt. No success, though – high port taxes made all carriers shut down their business, there is only one ferry going from North Cyprus to Syria, too expensive though. I tried my luck in cruise companies – maybe they would smuggle me on-board? – but that was not possible either.
The only solution was taking a plane – and I’m not a big fan of this means of transport due to all the things you miss on the way but this time I had no choice…
I chose Israel – not only beacause it was one of the cheapest options but also to visit an old friend of mine whom I had not seen for 10 years and thought I would bever see again. Seeing her would mean being able to see all those friends I thought I would never see…
The airport in Larnaca is small and expensive – one hour access to Internet costs 8 euros! A robbery! Before leaving I checked on the beach and after a couple of hours wait in the hall I got on board (double security check for those who fly to Israel). And on the plane… I had never heard so many people speaking a language with so many „h”’s in it!
The flight itself only took 40 minutes. Then a train to Haifa where I was supposed to be picked up by my friend. The train was quite comfortable – German design, if they didn’t screen announcements using weird characters I would think I’m on my way to Berlin. After each stop a security guy walked all along the train to check for suspicious looking luggage. At Hof Hacarmel station in Haifa I was greeted by Inbal and her boyfriend, Jonatan. It was really nice of them that they received me at that time of the night (2 A.M. or so), especially that this was their exam season and Jonatan was leaving for his annual military service (military service is compulsory for both men and women; men, however, after completing it, have to participate in a sort of boot camps in order not to forget how to be a soldier; and most of them don’t avoid doing this – they rather feel obliged to help defend their country).
After sleeping well on a proper bed (first one in quite a while! Thank you, my saviors!) I went off to sight-see Haifa, the ultimate boring city as I had been told by my hosts.
The first and principal attraction are the Baha’i Gardens picturesquely set on the side of Mount Caramel (Baha’i is the religous movement founded in 19th century Persia, sort of trying to reunite the message of prophets of all major religions).
Be sure to check the Massada street that has an almost bohemian feel (not fully bohemian, as Haifa doesn’t seem to be excessively active in terms of culture & art) where you can go using the odd Haifa metro with its inclined, multi-platform wagons that makes a tourist attraction itself.
Apart from that – beaches, beaches, beaches… I was kicked out from one of them as it was ladies’ day. Funny thing, the security of all the women is provided by two guys, who look really happy about their job.
I had an interesting experience when trying to ask in tourist information centre about getting to Palestinian zones… The lady, so polite until then, bursted out with anger, went on shouting and finally told me to go to Yad Vashem museum (which didn’t really answer my question).
All in all, Haifa is not boring, it’s just very calm. A great place to spend your terminal years…

Next day Inbal and Jonatan take me for a little tour outside the city (interesting villages populated by Druze people – a very mysterious religious sect; one of their rules is not to share information about their beliefs with anyone; however, there is some information available: for example, it is a monotheist religion dating back to 10th century, with its roots in Egyptian isma’ilism; interesting thing: they include Jesus as one of seven righteous prophets) as wall as a tour through Israeli delicacies (thumbs up for hummus – chickpea paste and knefe – a sort of a cake).

The following day – despite their busy schedule – Inbal and Jonatan took me for a little trekking in Golan Heights, Yehudiya nature reserve, to be more precise. Jonatan, who sometimes works as a tour guide and knows everything about Israel’s nature an geology, explained to me all the details of the fabulous landscape that surrounded us. For example, all the oak trees sticking so charactristically out of rock piles all have their beginning in… rodent poo as these were the rodents who digested tree seeds and hid away from the sun under shady rocks, where also they organized their toilet. How said a beginning of one’s life, I hope the oaks don’t know the details…
Yehudiya landscape is made of vulcanic rocks separated with softer layers that accomodate water. Hence numerous little ponds and relatively rich flora in that place. We add a little bit of swimming in those ponds to our marching routine, thus hiding from the sun shining like crazy.
We also have a sneak peak at the Sea of Galilee (which is basically just a lake). Part from being plain beautiful it also reveals one of major problems that Israel has to deal with – the shortage of water. The Sea of Galilee shrinks every year, making new tiny islands emerge…

We say our goodbyes in the evening – my friends have to get back to their duties and I have to hop on the bus to Jerusalem…

***

Będąc jeszcze w Limassol, zacząłem się rozglądać za promami do krajów nie-bardzo odległych : Syrii, Libanu, Izraela i Egiptu – szkoda by było nie rzucić okiem na drugi brzeg morza, skoro jestem tak blisko…
Niestety, nic z tego. Wysokie opłaty portowe zniechęciły skutecznie przewoźników i od paru lat z południowego Cypru nie kursuje absolutnie nic, zaś z północy dostępne jest jedynie jedno (drogie) połączenie z Syrią… Próbowałem jeszcze szczęścia w biurach, organizujących rejsy objazdowe, pełen nadziei, że może uda mi się z nimi przemycić… Nie ma takiej możliwości – w momencie zadekowania na pokładzie mój paszport wchodzi na czas rejsu w posiadanie obsługi i niezależne podróżowanie nie wchodzi w grę. Jedynym rozwiązaniem była zatem podróż samolotem – której starałem się za wszelką cenę uniknąć (nie ze względu na paniczny strach przed lataniem, ale na ulubienie samego procesu podróżowania i wszystkiego, co dzieje się po drodze), ale tym razem nie miałem wyboru.
Zdecydowałem się zatem na lot do Izraela – nie tylko ze względu na cenę, która była najniższa pośród oferowanych kierunków podróży, ale również po to, by odwiedzić znajomą z dawnych czasów, której nie widziałem od dokładnie 10 lat. Uznałem, że jeśli nie teraz, to być może nigdy, a jeśli teraz się uda, to uda się i z wszystkimi znajomymi, z którymi teoretycznie nie mam szans na spotkanie w tym życiu…
Lotnisko w Larnace jest małe i drogie – godzina połączenia z Internetem to wydatek 8 euro! Przed wylotem zaliczyłem jeszcze wizytę na plaży i po paru godzinach przesiadywania w poczekalni zapakowałem się do samolotu (wcześniej czekała mnie jeszcze procedura podwójnego przeszukania – loty do Izraela objęte są dodatkową ochroną). Po raz pierwszy miałem okazję usłyszeć wszędzie dookoła język z tak często występującym „h”!
Sama podróż to jedynie 40 minut. Po paru chwilach witam się z celnikami na lotnisku Ben Gurion w Tel Avivie. Zaraz potem wskakuję w pociąg jadący do Hajfy – niemiecki design składu, gdyby nie napisy w postaci kompletnie niezrozumiałych znaków, mógłbym odnieść wrażenie, że jestem w drodze do Berlina. Na każdej stacji pracownik obsługi wykonuje obchód pociągu celem sprawdzenia, czy nikt nie pozostawił podejrzanie wyglądającego bagażu…
Na stacji w Hajfie zostaję przywitany przez Inbal, starą, ale wciąż młodą, znajomą, w asyście Jonatana, jej chłopaka. To bardzo miłe z ich strony, że zdecydowali się mnie odebrać z dworca, mimo późnej godziny (druga nad ranem), zwłaszcza, że już wkrótce czekają ich egzaminy, w dodatku Jonatan za parę dni wybiera się do wojska (po odbyciu obowiązkowej służby – zarówno przez mężczyzn jak i kobiety – mężczyźni muszą raz w roku „odświeżyć” swą gotowość bojową, uczestnicząc w krótkich zgrupowaniach; co charakterystyczne, mało kto narzeka na ten obowiązek – większość raczej czuje odpowiedzialność za bezpieczeństwo ojczyzny).
Po wyspaniu się – po raz pierwszy od dłuższego czasu w prawdziwym łóżku, dzięki, o zbawcy! – rozpoczynam zwiedzanie Hajfy – miasta, które zostało mi przedstawione przez moich gospodarzy jako nudne i niewarte zachodu. Pierwszą i najważniejszą atrakcją turystyczną stanowią Ogrody Baha’i, ruchu religijnego, powstałego w Persji w XIX w., próbującego na swój sposób scalić przesłanie proroków wszystkich innych religii w jedno. Ogrody, usytuowane na zboczu góry Karmel prezentują się doprawdy imponująco – zadbane, wymuskane, ze smakowitymi akcentami kaskadowo-fontannowymi. Warto je zwiedzić zarówno z poziomu górnego, jak i dolnego (środkowy, wraz z kaplicą Baby, której remont potrwa do 2013 r., jest dostępny jedynie dla wiernych).
Innym ciekawym miejscem jest paraartystyczna i parakulturalna ulica Massada („para”, ponieważ życie kulturalne i artystyczne ponoć w Hajfie nie istnieje), do której można się dostać najdziwniejszym metrem, jakim kiedykolwiek jeździłem: ponieważ wagony poruszają się po zboczu góry, składają się z kilku (nastu) tarasów wypełnionych fotelami, sprawiających wrażenie przebywania w wąskim teatrze, w dodatku ruchomym.
A poza tym Hajfa to rosyjska mowa na każdym kroku (rosyjscy Żydzi stanowią tu spory odsetek ludności), liczne parki i plaże – z jednej z nich zostałem przegoniony, bowiem trafiłem akurat na dzień otwarty tylko dla kobiet. Co ciekawe, bezpieczeństwa niewiast strzegło… dwóch wyraźnie zadowolonych z życia facetów:)
Ciekawym doświadczeniem była próba wypytania pani w centrum informacji turystycznej o sposoby dostania się na obszary palestyńskie – do tej pory jakże miła, zamiast udzielić rzeczowej odpowiedzi, wybuchnęła furią i kazała mi wybrać się do muzeum Yad Vashem.
Tak czy siak – po całodniowym zwiedzaniu stwierdzam, co następuje: Hajfa nie jest miastem nudnym, jest po prostu bardzo spokojna – idealne miejsce na spędzenie starości…

Nazajutrz Inbal i Jonatan zabierają mnie na wycieczkę po okolicy (ciekawe wioski zamieszkane przez Druzów, bardzo tajemniczą grupę religijną, której istotny element stanowi zakaz ujawniania jej szczegółów innowiercom; to i owo jednak wiadomo – to religia monoteistyczna, wywodząca się z egipskiego isma’ilizmu w XI w.; występuje w niej m.in. Jezus, jako jeden z siedmiu nieomylnych proroków) i na przebieżkę po atrakcjach kulinarnych Izraela (zdecydowane „tak” dla humusu – pasty z ciecierzycy i knefe – słodkiego serowego ciasta).

Kolejnego dnia, mimo natłoku zajęć, moi gospodarze postanowili wybrać się ze mną na trekking po wzgórzach Golan, w rezerwacie przyrody Yehudiya. Szczegóły wspaniałego pejzażu objaśniał nam po drodze Jonatan, pracujący dorywczo jako przewodnik turystyczny, posiadający pełną wiedzę o geologii i przyrodzie Izraela. Dowiedziałem się m.in., że lokalizacja charakterystycznych dla okolicy dębów wśród głazów wynika, z faktu, iż pod głazami tymi chronią się przed upałem gryzonie, spożywające nasiona drzew i …załatwiające tamże swoje potrzeby fizjologiczne, dając tym samym początek nowemu drzewu. Trochę dołująca metoda reprodukcji, mam nadzieję, że dęby nic o tym nie wiedzą…
Pejzaż Yehudiyi tworzą góry pochodzenia wulkanicznego – między warstwami zastygłej lawy znajdują się warstwy przepuszczające wilgoć, stąd liczne jeziorka i stosunkowo bogata szata roślinna. Marsz urozmaicamy sobie kąpielą w skalnych basenach (uwaga na kraby!), co stanowi wspaniałą odmianę od prażenia się w nieznającym umiaru słońcu.
Zahaczamy również o Morze (a właściwie jezioro) Galilejskie, które, jakkolwiek piękne, dobrze obrazuje jeden z głównych problemów Izraela – niedobór wody. Jezioro to, obłożone dookoła plażowiczami, co roku coraz bardziej się cofa, odsłaniając nowe wysepki…
Wieczorem żegnamy się – pozwalam moim gospodarzom skupić się na ich obowiązkach, zaś sam wskakuję w autobus do Jerozolimy…

Leave a Comment

Your email address will not be published.