See you later, Istanbul…

Istanbul is overwhelming – with its size, chaos, noise, sea of crowds (sometimes I was wondering if all those people were just following me all the time… How on Earth is it possible to have those crowds pouring everywhere at all times?), crowds in the sea (on boats to be more precise), minarets shooting up the clouds, colorful streets, one totally different from the other…
This city cannot be described – it is one of those places you MUST visit and experience yourself. Of course, you should check some of the famous monuments – the Blue Mosque that is not blue, the New Mosque that is not so new either, Hagia Sofia – one of the oldest constructions that hasn’t turned into a ruin, the Topkapi palace where the hedquarters of Ottoman empire were… The Grand Bazaar is almost as grand as you can imagine, the Egiptian Bazaar is small and expensive; you can bring your own fish to a restaurant and ask the chef to cook it (you can also get the fish from those hundreds of fishermen standing all day on Galat bridge – the bridge of a thousand and one fishing rods).
Istanbul is one big excavation – you could sit just anywhere with a spoon and start digging to find some artifacts dating back to centuries ago. Of course, this does not help construction works – you can see that clearly in the archaeological museum where they display artifacts found during preparatory works for sub-Bosphorus tunnel… And that is just one little bit of the huge amount of items in that museum.
My favourite activity was getting lost in the chaos of little streets of the old city – in one of them they only sell lamps, in a different one – metalware only, along yet another one they only sell fresh orange juice. Or books. Or any other thing you can think of. In the middle of the night I came across a plein air disco with the soundsystem installed on the top of a parked hummer. All sorts of hucksters were trying to pull me in their shops, clubs and discos (imagine trying to get into neat club wearing sandals and a dirty t-shirt in Europe!). In pubs – and that was really weird – the waiters were kicking the locals out just to find a seat for the white man… who didn’t even consume much as the only beer you can get around is Efes (former monopolist brewery, still standing strong) and I’m not a fan of this brand to say the least…
They main tourist street is Istiklal Caddesi, where all the crowds go. It is also here that all demonstrations take place – at least once per day. They manifest the discontenment with ongoing educational reforms as well as their solidarity with the Greeks who don’t want to pay for the global crisis… The policemen observe the events discreetly with not-so-discreet machine guns in their hands. Usually they avoid clashing with protestants – this place is like a poster of Turkey who is trying to keep its image of a democratic country. However, many young people complain about Turkish democracy, being banned from youtube (due to videos insulting Quran and Ataturk who is seen as semi-god around the country) and occasional attempts to make Turkey an Islamic regime being only some of the country’s problems…

Be careful when looking around. Eye contact with salesmen means the necessity of explaining where you come from (try saying you are from Algon 6, this gives you that precious extra second to run away), what you are doing here („Hey! I can see you passing here a second time already!”) and why could you possibly not want this particular kebab/ice-cream/lamp etc.
Be sure to look out for little modern art galleries – they show some very interesting stuff; I was lucky enough to see an exhibition of David Lynch’s prints. Visiting Istanbul Modern is also worth it (especially on Thursday – free admittance day). The upper floor presents a panorama of contemporary Turkish art (sadly uninventive compared with what we are used to in Europe), the lower one shows the links between ancient and contemporary works in a very interesting way.

For a couple of days I lived in the Asian part of town and I was crossing Bosphorus everyday, ever-astonished with the indifference that my fellow passengers where showing when moving from one continent to the other. After some time I calmed down, too:)

Eventually, I moved closer to the centre, to Neverland hostel – a postivie experience, with huge breakfasts and unlimited tea all day long. There I met some interesting travelers – a Dutch couple going wherever they can with their van, Nicolas – the fisherman philosopher, Carolina – distracting everyone with her ever-uncovered legs, Iranian rock band, French roofers… We exchanged our traveling experience and I guess we all inter-influenced our future routes.

Ufuk, my co-host from Vize, came to Istanbul for a family occasion – his sister was planning to get married and this was the moment when both families were meeting officially. It seems that the whole „coupling” procedure in Turkey is quite complex – first the dating couple need an approval from the families – and that is obtained by means of research on the other family. Then comes the official meeting, then the marriage.
Luckliy, Ufuk found some time to meet with me and show me around the city, too. He brought me to the most beautiful mosque so far – Eyup Camii, located outside the very centre. It was the first mosque built after the conquest of the city by Ottomans – founded in the memory of prophet Muhammad’s friend, Eyyub al Ensari, who had been buried in the same spot seven hundred years earlier. The ambiance is really particular in that place, which is considered holy and frequented by masses of worshippers – especially on Fridays, when it gets really crowded. Across the street you can find a charity centre that has been going on continuously for centuries. We are invited for a tea and I get a pile of Islam-promoting brochures. You can also contribute to the charity – you can pay slaughtering a sheep on the spot – the meat will be given to the poor.

Ufuk also brought me to the miniature park called Miniaturk displaying most of the important places all around Turkey – a good place if you are wondering where to go next. Beware that foreigners pay twice as much as the locals for the entrance ticket.

It was really difficult to leave Istanbul – a little less than two weeks stay was surely not enough. But I’ll be coming back soon…

***

Stambuł oszałamia – swoimi rozmiarami, chaosem, zgiełkiem, morzem ludzi (czasami się zastanawiałem, skąd się oni wszyscy biorą… A może to wciąż ta sama grupa, podążająca za mną, dokądkolwiek się udaję?), statkami na morzu, minaretami strzelającymi aż po chmury, barwnymi uliczkami, z których żadna nie jest podobna do drugiej…
To miasto umyka wszelkim opisom – to jedno z miejsc, które należy obowiązkowo odwiedzić. I zaliczyć przynajmniej parę zabytków – Błękitny Meczet, który wcale nie jest błękitny, Nowy Meczet, który wcale nie jest nowy, Hagia Sofia, która jest jedną z najstarszych konstrukcji, które do tej pory się nie zawaliły, pałac Topkapi, z którego dowodzono imperium osmańskim… Wielki Bazar jest wielki (choć bez przesady), Bazar Egipski jest mały i drogi, do restauracji rybnych można zanieść własnoręcznie złowioną rybę i poprosić o jej przyrządzenie (można ją również nabyć u jednego z setek rybaków, stale urzędujących na moście Galata – moście tysiąca wędek).
Stambuł to również jedno wielkie wykopalisko – wystarczy usiąść gdziekolwiek z łyżeczką i zacząć kopać, by natrafić na skarby sprzed stuleci. Utrudnia to wszelkie prace budowlane, co bardzo dobrze obrazuje wystawa czasowa w muzeum archeologicznym, przedstawiająca konstrukcję tunelu pod Bosforem (prace wciąż trwają)… Przebogata ekspozycja stała – ma się rozumieć – jest również warta obejrzenia…
Moim ulubionym zajęciem było gubienie się w gąszczu uliczek starego miasta – na jednej z nich sprzedają tylko lampy, na innej artykuły żelazne, wzdłuż innej ustawiono szereg straganów ze świeżym sokiem z pomarańczy. W środku nocy natknąłem się na plenerową dyskotekę z DJ-em zainstalowanym na bagażniku zaparkowanego hummera. Wszelkiej maści naganiacze próbowali mnie wciągać do swoich lokali (wyobraźcie sobie próbę wejścia do dyskoteki w Polsce w sandałach i szortach… A tutaj witają cię z otwartymi ramionami), w pubach – co było sporą przesadą – przeganiano „miejscowych” gości by udostępnić miejsce siedzące białemu człowiekowi… który właściwie nic nie zamówił, bo jedynym piwem w rozsądnej cenie i jednocześnie praktycznie jedynym dostępnym w lokalach tureckich jest Efes, którego wielbicielem raczej nie jestem…
Najgłówniejszą ulicą turystycznej części miasta jest Istiklal Caddesi – przez którą przelewają się największe tłumy. Tutaj też organizowane są przynajmniej raz dziennie demonstracje wszelkiej maści – a to nauczyciele, a to studenci, a to gromadka osób manifestujących solidarność z Grekami, niechętnymi płaceniu za nie swój kryzys… Wszystkiemu dyskretnie przygląda się policja z bardzo niedyskretnymi karabinami maszynowymi w dłoniach. Do interwencji dochodzi jednak rzadko, wszak to najbardziej reprezentacyjna ulica całego kraju, poniekąd wizytówka demokracji tureckiej – demokracji specyficznej, na którą utyskiwało mnóstwo spotkanych przeze mnie osób, zwłaszcza studentów. Ot, choćby fakt zablokowania przez rząd dostępu do youtube i szeregu innych zagranicznych witryn (ze względu na krytykę Koranu a także – przede wszystkim – Ataturka, posiadającego w Turcji status półboga) i co jakiś czas odżywająca idea przekształcenia republiki w państwo wyznaniowe nie popychają Turcji we właściwym kierunku…
Idą dalej wzdłuż i wokół Istiklal należy ostrożnie zerkać dookoła – kontakt wzrokowy ze sprzedawcą wiąże się z koniecznością wyjaśnienia skąd jestem (polecam podawanie się za obywatela Algon 6 – dzięki temu zyskuje się bezcenną sekundę, umożliwiającą ucieczkę) oraz tłumaczenia dlaczego akurat nie potrzebuję kebaba/lodów/czapki/skóry itp. Warto za to wypatrywać poukrywanych tu i ówdzie małych galerii prezentujących sztukę współczesną – w jednej z nich natknąłem się m.in. na wystawę grafik Davida Lyncha. Nie zaszkodzi zwiedzić też muzeum Istanbul Modern – zwłaszcza w czwartek, kiedy wstęp jest darmowy. Zastanawiająca jest wtórność prac tureckich artystów w stosunku do sztuki europejskiej (przestrzeń na górnym poziomie), ciekawa jest ekspozycja „dolna” – z pomysłowym sposobem przedstawienia powiązań sztuki dawnej z nową.

Przez kilka dni mieszkałem w azjatyckiej części miasta i codziennie przepływałem Bosfor, zaskoczony obojętnością współpasażerów na fakt przemieszczania się między kontynentami… Dopiero po paru rejsach również nieco się uspokoiłem:)
Ostatecznie przeniosłem się bliżej centrum i zamieszkałem w hostelu Neverland – bardzo przyjemne doświadczenie – arcyobfite śniadania i nielimitowany dostęp do herbaty przez cały dzień dostarczyły mi solidnej dawki energii. Tutaj poznałem też kilka ciekawych osób – parkę z Holandii, podróżującą vanem gdzie tylko się da, Nicolasa – rybaka-filozofa, Caroline, wprowadzającą zamęt w głowach wszystkich gości poprzez wrodzoną niechęć do zakrywania nóg, irański zespół rockowy, francuskich dekarzy… Wymieniliśmy doświadczenia z podróży i pomogliśmy sobie nawzajem w ustalaniu dalszej trasy.

Do Stambułu dotarł również Ufuk, mój współhost z Vize. „Oko świata” odwiedził w celach rodzinnych – w związku z tym, iż siostra Ufuka planuje wyjść za mąż, urządzono oficjalne spotkanie obu zainteresowanych stron. Cały proces „parowania” jest w Turcji dość skomplikowany, nawet w przypadku bardzo liberalnie nastawionych rodzin. Zakochana para zazwyczaj bardzo szybko prezentuje swojego wybranka/wybrankę rodzicom, ci z kolei przeprowadzają wywiad odnośnie reputacji przyszłych członków wspólnoty rodzinnej, po pozytywnej weryfikacji odbywa się oficjalne spotkanie poprzedzające zaślubiny.
Całe szczęście, obok obowiązku uczestniczenia w ceremonii, Ufuk znalazł też sporo wolnego czasu i zawiózł mnie w kilka interesujących miejsc, w tym do najpiękniejszego moim zdaniem meczetu – Eyup, oddalonego nieco od ścisłego centrum turystycznego. To pierwszy meczet zbudowany po przejęciu Konstantynopola przez Ottomanów ku czci przyjaciela Mahometa, Eyyuba al Ensariego, który poległ w tym samym miejscu siedem stuleci wcześniej. Miesjce o niesamowitym klimacie, wypełnione w każdy piątek wiernymi w takich ilościach, że ni melona nie wciśniesz. Obok centrum charytatywne, działające nieprzerwane od wielu wieków – zostajemy zaproszeni na herbatę a ja dodatkowo zostaję obdarowany górą broszur zachwalających islam. W ramach działań charytatywnych można również opłacić zarżnięcie barana na poczekaniu – mięso zostanie przekazane biednym.
Ufuk zabrał mnie również do parku Miniaturk (Turcja w skali mini), pomocnym w ustalanie kolejnych punktów wycieczki. Uwaga: obcokrajowcy płacą za wstęp dwa razy więcej!

Z ciężkim sercem żegnałem się ze Stambułem – niecałe dwa tygodnie to zdecydowanie za mało, by w pełni doświadczyć tego monstrum… Całe szczęście, już niedługo tu wrócę.

Leave a Comment

Your email address will not be published.