Pamukkale + Karahayit, 2010.05.19

Combining tramway and metro I got to the coach station, located – as they usually are in Turkey – away from city centre. The station itself was a surprise, too. No coach schedule, just a raw of tens or even a hundred of agencies selling tickets for different routes. After visiting most of them I chose the cheapest offer and hopped on a night bus to Denizli.
The quality of long-distance coaches – with their price being very moderate – is surprising (in positive way). Comfortable seats, LCD screens with a selection of action movies (unfortunately, all of them dubbed in Turkish), just like on intercontinental plane, plus tea and cookies offered once in a while… It makes me wonder how they manage to keep it profitable, especially that petrol is terribly expensive in Turkey (according to the words of my Istanbul host, the only things that are expensive there are petrol and passports).
That American-Turkish movies put me to sleep right away… I woke up just before arriving to Denizli where I had to change for a dolmus (minibus) going to my destination.
The dolmuses are a little less luxorious (water instead of tea:) and a lot slower. After one hour’s ride I got to the town of Pamukkale, where I was taken over by a mister who spoke Polish (no surprise, as he seemed to speak all possible languages) and who brought me to a hotel where I managed to negotiate a really low price – 5 lira (2.5 euros) for a night in hotel lawn (24h access to jacuzzi and pool included).
After a short rest I set off for a short trip to nearby town called Karahayit with its hot red baths. They are hot indeed, with the temperature at the source reaching ca. 90 degrees Celsius. I was intrigued by one fellow that was entering that source wearing his socks and sandals… Then I found out he was a former boxer, which might explain his resistance to pain…
Next day, five o’clock in the morning I was woken up by muezzin chants. It gave an eraly start to my walk in Cotton Castle – travertines formed by calcium waters flowing from nearby mountain. Though overwhelming with its whiteness, this place is not what it used to be a couple of years ago (and those images are still used in tourist folders) – the natural water terraces are closed for public, you can only bathe in artificial ones and look at the splendour of nature from a distance. It still looks impressive, just try not to think how much better it could be…
Included in the ticket price are ruins of Hierapolis – ancient city dating back to 500 years B.C. Numerous earthquakes didn’t discourage the inhabitants who kept on reconstructing the place until 14th century when they eventually abandoned it for good. My sightseeing tip is to sit on the top of the theatre auditorium (its construction was commissioned by emperor Hadrian in 2nd century) at dawn and watch the sunlight creep over the skene…
In my little hotel, apart from drowning in jacuzzi, I use my time to talk with the residents – a number of Japanese tourists who always travel for 10 days, no more, no less, a British motorcyclist who toured Africa for 15 months and got mugged all along the way, 60-year old former participant of Stanford Prison Experiment (he was one of the guards), currently traveller and writer – mostly very erotic prose and poetry, who is very attentive to all females around, as well as two Israeli girls – just out from compulsory military service with lots of army stories to tell. And it is with those two girls that I decided to continue my route to Fethiye… All in all, I would defnitely feel safe with their company.

***

Po wielokilometrowej, kombinowanej jeździe tramwajem i metrem dotarłem na dworzec autobusowy – umiejscowiony, co charakterystyczne dla wielu miast w Turcji, z dala od centrum. A na dworcu – niespodzianka. Żadnego rozkładu jazdy, tylko dziesiątki, może nawet setka biur, sprzedających bilety na rozmaite trasy. Po obejściu wszystkich obsługujących trasę, która mnie interesowała, wybrałem najtańszą ofertę i zapakowałem się do nocnego autobusu do Denizli.
Jakość autobusów długodystansowych – przy bardzo rozsądnej cenie – zaskakuje. Wygodne fotele, ekrany video z filmami do wyboru niczym w samolocie interkontynentalnym (niestety, wszystkie z tureckim dubbingiem), co jakiś czas serwowana herbata i ciastka… Czasem zastanawiam się jakim cudem przewoźnikom udaje się uzyskać jakikolwiek przychód, zważywszy na absurdalnie wysokie ceny paliwa w Turcji (według słów mojego gospodarza w Stambule, w Turcji wszystko jest tanie, za wyjątkiem paliwa właśnie oraz… paszportów. Po co Turkom potrzebne podróże za granicę?).
Amerykański film po turecku uśpił mnie skutecznie… Obudziłem się tuż przed dojazdem do Denizli, gdzie czekała mnie przesiadka do minibusa – zwanego tutaj dolmus (czyt. dolmusz).
Dolmusze bywają nieco mniej luksusowe i zdecydowanie wolniejsze. Po godzinie jazdy dotarłem do miasteczka Pamukkale, gdzie zaraz dopadł do mnie pan naganiacz, zwracając się do mnie po polsku, co nie powinno być żadnym zaskoczeniem ponieważ ten konkretny pan naganiacz potrafi mówić w absolutnie wszystkich językach. Ostatecznie daję się namówić na pobliski hotel, w którym uzyskuję nadspodziewanie dobrą cenę – 5 lira (ok. 10 zł) za dobę na hotelowym trawniku. W tym nielimitowany dostęp do basenu i jacuzzi. Słowem, dobry interes. Po chwili odpoczynku wybieram się w krótką podróż do pobliskiego Karahayit, w którym znajdują się czerwone gorące źródła. Ich gorącość nie jest ani trochę przereklamowana – ze źródła w centrum wioski bije woda o temperaturze około 90 stopni Celsjusza. Z zaciekawieniem przyglądam się osobnikowi, który do tejże wody wkłada stopy odziane w skarpety i sandały… Zaintrygowany, wdaję się w krótką rozmowę w językach, których nie rozumiemy i po kilku chwilach dowiaduję się, iż kąpielowicz ten to były bokser – być może jego odporność na wysokie temperatury jest związana z odpornością na wszelki ból.
Nazajutrz, o piątej rano, budzi mnie śpiew muezzina. Korzystam zatem z okazji i wybieram się na całodniową wycieczkę po słynnej Bawełnianej Twierdzy – tzw. cudzie natury, powstałej na skutek działalności wód wapiennych formacji, wręcz rażącej oczy swą nieskazitelną bielą. Oczy należy przymykać również ze względu na mało dyskretne gumowe węże nawadniające imponujące skalne tarasy, w których jeszcze kilka lat temu pluskały się rzesze turystów, dopóki nie okazało się, że prowadzi to do ich niszczenia. Z tamtych czasów pozostały efektowne zdjęcia wciąż prezentowane w folderach reklamujących Pamukkale. Obecnie kąpielowiczom udostępniono sztucznie pobudowane kałuże okolone betonem, zaś właściwe naturalne tarasy można oglądać z pewnej odległości. Nie zmienia to faktu, że całość wygląda imponująco, choć świadomość tego, że mogłoby być jeszcze bardziej wspaniale, nieco przeszkadza w kontemplacji…
Powyżej tarasów znajdują się ruiny Hierapolis, miasta, którego początki sięgają ok 500 r. p.n.e. Liczne trzęsienia ziemi nawiedzające region nie zniechęcały mieszkańców, którzy odbudowywali je wielokrotnie by ostatecznie opuścić je w XIV w. Osobiście polecam zasiąść na szczycie widowni teatru (zbudowanego w II w n.e. na polecenie cesarza Hadriana) o wschodzie słońca i podziwiać światło powoli wpełzające na kolejne rzędy…
W moim hoteliku, oprócz regularnego korzystania z jacuzzi, mam przyjemność spotkać wielu podróżników – liczną grupę Japończyków, z których każdy udaje się w innym kierunku, zaś łączy ich fakt, iż na podróż mają do dyspozycji ni mniej, ni więcej niż 10 dni a także motocyklistę, który objechał Afrykę dookoła w 15 miesięcy (gratuluję mu samozaparcia, zwłaszcza, że przez całą trasę był rabowany i bity przez miejscowych), 60-letniego byłego uczestnika stanfordzkiego eksperymentu więziennego (w którym wystąpił w roli strażnika), obecnie podróżnika i autora prozy i poezji bardzo erotycznej, który żadnej białogłowie nie przepuści, a także dwie dziewczyny z Izraela, świeżo po obowiązkowej służbie wojskowej, dzielących się ze mną wrażeniami z woja… Z tym dwiema damami właśnie wybrałem się w dalszą podróż do Fethiye (w ich towarzystwie mogłem się z całą pewnością czuć bezpiecznie).

Leave a Comment

Your email address will not be published.