Kyrenia/Girne 2010.05.28

Seven hours of cruise from Tasucu to Girne/Kyrenia stretched to nine, I can’t complain though, at least I had a decent sleep.
After entering the land we were greeted with heat and grey curtain of dust from Sahara that was trying to hide the mounumental Kyrenia Mountain range from our eyes. We walked the route from the harbour to the old port, sweating all the way. In tourist information centre we asked about cheap accomodation – no good news, though. In Northern part of Cyprus everything is more expensive than in Turkey, which can actually be understood – the standard of living is a little higher here as Turkish government is trying to encourage new settlers to arrive, thus increasing the Turkish population in Cyprus. They are tempted with high wages on numerous state posts. Those actions are more than effective – thenumber of Turkish Cypriots jumped from 70 thousand before 1974 to 250 thousand nowadays (40 thousand of them working for the army).
Anyway, we had to get used to higher prices… or choose not to stay overninght in Kyrenia/Girne. Just in case, we asked Ela, the Israeli girl trying in vain to sell boat cruises to indifferent passers-by, for advice. She directed us to Girne Dorms, where we came across a col guy from Bangladesh, Omer, who really wanted to help me and even offered us a stay on the roof for half the price but eventually he was afraid that some of the neighbours could notice and report to the police… He promised us to organize a place suitable for backpackers one day (he would be the pioneer; the phenomenon of backpacking is completely unknown in North Cyprus) and agreed to store our luggage until the evening.
Off we went then to start sightseeing. We kicked it off with Kyrenia Castle – built by Byzantines in 7th century A.D. to defend agains Arab raids (some resources mention the hellenistic period as the origins of the place but that is not really certain), then it changed owners frequently – for example Richard the Lionheart purchased it and sold it twice (smart guy that king!). In one of the halls of the castle they exhibit a merchant shipwreck from 4th century A.D. – quite well preserved and pretty impressive.
After the castle we tackled the monastery of Bellapais – quite a long walk to get there only to find a sad monsieur in the booth waiting to sell us entrance tickets. We had paid (too much) for everything everywhere and were really fed up with that. We only walked around the monastery and the surrounding village to manifest our discontentment.
We took our backpacks and hopped on to a dolmus that would bring us to a camping site outside the city that we had found in the map. To our surprise, in that spot there was literally nothing, no camping whatsoever. Too bad, we decided to sleep next to the beach and a very friendly owner of nearby restaurant-club offered us all night long protection from his secrity guy (he was really checking on us all night!). In the morning I used the club’s shower facilities – my companion, Nick, was not so lucky as the boss was away and regular workers didn’t know we were supposed to be treated as V.I.P.s… Well, the early bird catces the worm…
And the following day was just incredible: we hitched the perfect hike that made us discover the whole of the Karpaz peninsula. Our driver was looking for the perfect beach, stopping here and there to swim for an hour and then continued, not fully content. We reached the very end of the peninsula, where Saint Andrew’s monastery is located. On our way we saw numerous little Greek churches (some of theme still used by small Greek minority; some of them abandoned; we also saw one used as a scrapyard), snakes dancing in the road, wild donkeys walking around… We didn’t get to see turtles who are said to frequent local beaches in big numbers.
Our driver didn’t manage to find that perfect beach… We said goodbye and stayed in bungalows next to the seaside – quite expensive but the views well worth it…

***

Z siedmiu godzin rejsu z Tasucu do Kyrenii zrobiło się dziewięć – nie ma jednak co narzekać, przynajmniej mogłem się wyspać.
Po zejściu na ląd przywitał nas upał i szara kotara pyłu znad Sahary, zasłaniająca ledwie zarysowany imponujący łańcuch Gór Kyreńskich. Drogę z przystani do starego portu przebyliśmy wraz z Nickiem pieszo, pocąc się obficie. Dotarłszy do centrum informacji turystycznej, zasięgnęliśmy języka na temat tanich miejsc noclegowych w mieście – niestety, podane ceny nas specjalnie nie satysfakcjonowały. W północnej części Cypru wszystko jest droższe niż w Turcji, co poniekąd zrozumiałe – poziom życia jest tu wyższy, ponieważ rząd turecki dotuje region i stara się zachęcić Turków do osiedlania się i zwiększania tureckiej populacji na Cyprze. Jednym z wabików są wysokie pensje na stanowiskach państwowych, których ilość na Cyprze Północnym rozrasta się w zastraszającym tempie. Działania te należy uznać za skuteczne – z 70 tys. tureckich Cypryjczyków przed 1974 r. zrobiło się już ponad 250 tys. (z czego ponoć 40 tys. to żołnierze).
Tak czy siak, w praktyce oznaczało to konieczność przyzwyczajenia się do wyższych cen lub… rezygnacji z noclegu w Kyrenii/Girne. Na wszelki wypadek popytaliśmy o możliwości noclegowe Elę, dziewczynę z Izraela, próbującą bez skutku przekonać przechodniów do wybrania się w rejs wybrzeżem. Zostaliśmy skierowani do Girne Dorms, gdzie trafiliśmy na bardzo sympatycznego gościa z Bangladeszu, Omera, który bardzo chciał nam pomóc i nawet zaoferował nam nocleg na dachu za pół ceny, ale ostatecznie przestraszył się, że któryś z sąsiadów może donieść… Obiecał za to, że w przyszłości podejmie się zadania zorganizowania miejsca odpowiedniego dla niskobudżetowych backpackersów (byłby prawdziwym pionierem – backpacking na Cyprze Pólnocnym jest zjawiskiem zupełnie nieznanym) i zgodził się przechować nasze plecaki do wieczora.
Ruszyliśmy zatem na zwiad – na pierwszy ogień poszła twierdza kyreńska – pobudowana w VII w. przez Bizantyńczyków celem obrony przed najazdami Arabów (pewne źródła wskazują również na początki konstrukcji w czasach helleńskich, ale to nic pewnego), potem wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk, z ciekawostek warto wspomnieć, że Ryszard Lwie Serce dwukrotnie wszedł w jej posiadanie i dwukrotnie ją sprzedał (łebski gość). Ponadto, w jednym z pomieszczeń wystawiono wrak greckiego statku kupieckiego z IV w. n.e. – całkiem przyzwoicie zachowany.
Po twierdzy przyszła kolej na klasztor Bellapais – aby tam dotrzeć trzeba przejść kawał drogi, na której końcu powitał nas pan w budce, żądający zapłaty za wstęp. Mieliśmy już serdecznie dość płacenia wszystkim za wszystko i ograniczyliśmy się do zwiedzenia klasztoru z zewnątrz i przejściu się po otaczającej go wiosce.
Nieco sfrustrowani, pobraliśmy nasze bagaże i złapaliśmy dolmus w kierunku znalezionego na mapie kempingu położonego na wschód od miasta… kempingu, który tak naprawdę nie istnieje, z czego zdaliśmy sobie sprawę dopiero po dotarciu na miejsce. Nic to, rozłożyliśmy się wygodnie w pobliżu plaży, a życzliwy właściciel pobliskiego klubu-restauracji nakazał stróżowi nocnemu sprawdzać co jakiś czas, czy wszystko u nas ok (naprawdę sprawdzał!). Nad ranem skorzystałem również z klubowego prysznica; Nick miał mniej szczęścia – pod nieobecność szefa szeregowi pracownicy natychmiast go przegonili. Cóż, kto rano wstaje…
A następny dzień był wprost niesamowity: złapaliśmy stopa idealnego, dzięki któremu zwiedziliśmy właściwie cały półwysep Karpas – nasz kierowca przez cały dzień starał się znaleźć plażę idealną i zatrzymywał się to tu, to tam, pluskał się w wodzie przez godzinę, po czym jechał dalej… Dotarliśmy na sam koniec półwyspu, do klasztoru św. Andrzeja, mijając po drodze liczne greckie kościółki (część z nich jest wciąż użytkowana przez nieliczną mniejszość grecką, inne przerobiono np. na składowisko złomu, inne po prostu zamknięto), węże tańczące na drodze, dzikie osły, wałęsające się tu i ówdzie. Nie udało nam się za to wypatrzeć żółwi, które ponoć nawiedzają liczne żółwiowe plaże… Ostatecznie nasz kierowca nie znalazł plaży idealnej – my zaś odłączyliśmy się od wycieczki i postanowiliśmy przenocować w bungalowach na wybrzeżu – drogo, ale przyjemnie…

Leave a Comment

Your email address will not be published.