Istanbul 10.05.07 97 km

Oh yeah, I though when I entered the outskirts of Istanbul, I’m almost there… It was 2 P.M., the sun was shining and I was getting excited about the perspective of crossing the border between two continents in just a few moments.
I stopped to ask how far it was to the Bosporus (read my lips: BOS-PO-RUS, water, bridges, centre, you know…) and was filled with lots of positive energy when they showed me four, five fingers – four or five kilometres, right? I’ll be there in no time at all!
They meant 40-50 kilometres to Bosporus itself, don’t even mention my host’s place on the Asian side… My optimism was gradually fading away as I understood how huge this city was. The faster I was cycling the highway leading across Istanbul (I broke all my records exceeding 70 km/h), the more the city would stretch and laugh at me. The cars were passing me by at a speed that would make a Tomasz-pancake of me if I were hit. Different districts of the city appearing on my way, but still not what I would call close to my goal. Eventually, I took the wrong turn and had to ask for the way. I found a policeman who found a different policeman who spoke English and who explained to me that crossing either of the two existing bridges across Bosporus was not allowed on foot or by bike – you have to take a ferry… And so I did.
I stood in a queue to get my ticket for 20 minutes, being the only passenger who was so charged with luggage (no extra price to pay, fortunately), then waited for the ferry to come… And then I was on it, the engine started, we started moving away from the bank, silhouettes of the Blue Mosque and Hagia Sofia could be seen on one side, colorful lego-like houses on the other… That was it… I was in Asia!
I felt relieved.
And happy.
I knew I could do it.
I know anybody can if they only want it.
It has been proven.
2620 km.
46 days.
Katowice – Istanbul.
I made it.

(Then I only needed a couple more hours to find the place where my host lived – I arrived there at 10.00 PM, but that was nothing – I was to joyful to even care about those few extra kilometres:)

***

Nareszcie – pomyślałem, wjeżdżając na przedmieścia Stambułu – już prawie dotarłem na miejsce… Była czternasta, słonko świeciło a ja byłem podekscytowany (pod- i nad- i obok-) perspektywą przekroczenia magicznej granicy oddzielającej od siebie dwa kontynenty…
Zatrzymałem się i zacząłem się wypytywać, jak daleko do Bosforu (BOS-PO-RUS, most, woda, centrum, wicie, rozumicie…) i ucieszyłem się jeszcze bardziej, gdy w odpowiedzi pokazano mi cztery, pięć palców – cztery-pięć kilometrów, ma się rozumieć, będę tam już za chwileczkę, już za momencik…
Moi rozmówcy mieli na myśli 40-50 kilometrów do samego Bosforu, a potem jeszcze kawał drogi do mojego hosta, mieszkającego w głębi azjatyckiej części miasta. Powoli zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, jak ogromny jest Stambuł. Im szybciej pędziłem po autostradzie przecinającej miasto (pobiłem wszelkie rekordy, przekraczając granicę 70 km/h), tym bardziej przestrzeń się rozciągała, moloch nabierał i rósł… Auta mknęły wokół mnie jak szalone, nie zostawiając żadnej nadziei na przeżycie w przypadku zderzenia. Przede mną wyrastały coraz to nowe kwartały, wciąż uparcie nie te, o które mi chodziło. W końcu pomyliłem trasę, wpadłem na policjanta, który wezwał innego policjanta, który mówił po angielsku i wytłumaczył mi, że na oba mosty przecinające Bosfor rowerzystom i pieszym wstęp wzbroniony. Jedynym wyjściem jest przeprawa promem.
Odczekałem w kolejce 20 minut – nie zaobserwowałem nikogo z bagażem większym od mojego, całe szczęście nie musiałem nic dodatkowo płacić; pobrałem bilet, poczekałem aż prom podpłynie, załadowałem się na pokład…
Maszyna ruszyła ospale, brzeg zaczął się powoli oddalać, w wieczornym świetle zamajaczyły sylwetki Błękitnego Meczetu i świątyni Hagia Sofia, po drugiej stronie – kolorowe klocki ciasnej zabudowy…
Dotarłem do Azji…
Poczułem ulgę.
I radość.
Udało się.
Przecież wiedziałem, że się uda.
A to znaczy, że każdy może, jeśli tylko zechce.
Czego należało dowieść.
2620 kilometrów.
46 dni.

(plus parę dodatkowych godzin na kluczenie w poszukiwaniu mieszkania mojego gospodarza – dotarłem dopiero o 22.00, ale przecież to nieważne:)

Leave a Comment

Your email address will not be published.