Fetihye + Kayakoy and Oludeniz 2010.05.21

We arrived in Fethiye late in the evening, without knowing precisely where the hostel we were looking for was located. There was a huckster from Ideal Pension hovering around the bus station, inviting us to hop on his van. My Israeli companions chose to stay in a different place, discouraged with some poor reviews found on the Internet. As for me, however, I decded to experience all the possible dirt and stink.
And this was precisely what I found plus a member of staff that was permanently high, a malicious little crook of the owner trying to convince everyone to go for their „special deals”.
Luckily there were more brighter points of my stay there – accidentally I met two Polish couchsurfing hosts from Konya that I had contacted a week earlier. It had been a month that I last spoke Polish live! Another great surprise was the presence of Caroline – Argentinian-Canadian-Australian girl I had met in Pamukkale. Together with Caro we went to Kadikoy, old Greek village that had been totally abandoned in 1923 during resettlement actions. We set off to get there despite the rainy weather – we just kept our fingers crossed that it would get better (and it paid off – the afternoon was very sunny). We entered the ruins of the village for free – thanks to stubornness of Caro and a little help from the locals (don’t bother paying the entrance fee – they are not doing anything to upkeep the place except for sticking a big Turkish flag on the top; one of the guards, suspecting we might want to enter for free, was following us on his bicycle, trying to hide behind a tree whenever we turned our heads). The abandoned town is quite impressive – it looks a lot older than it is with all the stone houses and churches and all that set beautifully on mountain slope.
We decided to walk the way from Kadikoy to Butterfly Valley and Oludeniz through the mountains. On the way we had a little dispute about how to read the walking track marking, but nobody ever had doubts that my version would be the correct one, right? Right?
After a couple of hours walk through the forest with occasional clearances allowing us to see some splendid seaside views we arrived at Oludeniz – a very special tourist village where all prices are given in pounds, menus revolve around fish and chips, where they screen all Premiership games on TV and the most essential element of the landscape is made of beer-swollen pink XXL bellies. Only water in the sea and sand seem to be local…
The following day we went on a cruise with Caro and the Polish couple. We refused the „special deal” from the mean Ideal Pension owner and went straight to the harbour, negotiated a nice price and hopped on the best looking boat around to set off for a day-long trip to all nearby islands. On our way we found out that even in the most remote places you can buy pancakes and that some people are able to rub in sunbathing oil for two hours non-stop. We also got to see moderate beautifl views (oh, I have become so choosy on this trip) and splash in different bays.
The last thing to do in Fethiye was visiting Lycian rock tombs – fenced all around and guarded by one sad fellow, who would, however, leave after 6 P.M., thus making it possible to enter for free. But even that is not worth it – you can see everything from the outside and the only extra sensation you get when you enter is a subtle scent of urine left by frustrated tourists who paid their entrance…
The very last thing to do was trying a 1.5 m pide and locally made ayran – yummy!

***

Do Fethiye dotarliśmy późnym wieczorem, nie wiedząc dokładnie, gdzie znajduje się uprzednio wypatrzony przez nas hostel. Na dworcu czekał na nas już naganiacz z „naszego” Ideal Pension, zapraszający do firmowego minibusa. Koleżanki z Izraela ostatecznie zdecydowały się udać do innego lokum, zniechęcone negatywnymi recenzjami z Internetu. Ja zaś postanowiłem stawić czoła ewentualnemu brudowi i smrodowi i dziarsko załadowałem się do auta.
Znalazłem, czego szukałem – brud i smród co się zowie, oprócz tego boy na permanentnym haju i wredny właściciel hostelu o świńskich oczkach, starający się robić wszystkich w konia, namawiając na tzw. oferty specjalne.
Całe szczęście były i pozytywy mojego pobytu w Ideal Pension – zupełnie przypadkowo spotkałem polskich couch-hostów z Konyi, z którymi kontaktowałem się tydzień wcześniej. Po raz pierwszy od co najmniej miesiąca miałem okazję porozmawiać na żywo w języku ojczystym. Kolejną pozytywną niespodzianką była obecność Caroline – argentyńsko-kanadyjsko-australijskiej podróżniczki, którą wcześniej spotkałem w Pamukkale. Razem z Caro wybraliśmy się do Kadikoy, starej greckiej wioski całkowicie opuszczonej w 1923 roku w ramach akcji przesiedleńczych. Ruszyliśmy w drogę mimo obfitych opadów deszczu – po prostu trzymaliśmy kciuki za zmianę pogody na lepsze (opłaciło się, po południu zrobiło się bardzo słonecznie). Do ruin wioski weszliśmy za darmo dzięki uporowi Caro i pomocy okolicznych mieszkańców (nie warto płacić smętnym strażnikom, kasującym za wstęp – poza zatknięciem flagi tureckiej nie widać, by ktokolwiek dbał o konserwację tego miejsca; jeden ze strażników podążał za nami na rowerze, pełen podejrzeń – jakże słusznych – iż planujemy wejść bez nabycia biletu; kiedy odwracaliśmy głowy w jego kierunku, udawał, że go nie ma, chowając głowę za drzewem). Wymarłe miasteczko robi spore wrażenie – opuszczone domy i kościoły z kamienia, z widocznymi tu i ówdzie fragmentami ikon, a wszystko to ulokowane malowniczo na zboczu góry…
Z Kadikoy postanowiliśmy przedrzeć się przez góry w kierunku Doliny Motyli i Oludeniz. Przy okazji rozgorzała w naszym małym gronie dyskusja na temat interpretacji oznakowania szlaku – któż by się spodziewał, że w Argentynie/Kanadzie/Australii stosują inny od europejskiego system? Koniec końców, moja wersja okazała się być prawidłowa (w co chyba ani przez chwilę nie wątpiliście?) i po paru godzinach spacerowspinaczki po szumiącym lesie dotarliśmy do Oludeniz – dość specyficznego miasteczka, w którym wszystkie ceny podawane są w funtach, w kartach dań dominuje ryba z frytkami, w telewizji nadają mecze Premiership a główny składnik pejzażu stanowią piwem wzdęte i słońcem zaróżowione brzuszyska. Wysokość cen zbliżona do brytyjskich, właściwie tylko woda w morzu i częściowo piasek na plaży pozostały w pełni lokalne…
Nazajutrz wybraliśmy się wraz z Caro i polską parką na rejs wokół okolicznych wysp. Nie skorzystaliśmy z oferty naciągaczy z hostelu i postanowiliśmy negocjować ceny osobiście w przystani. Po znalezieniu najlepszej łajby i najlepszej oferty ruszyliśmy w całodniową podróż. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nawet na bezludnej wyspie można sprzedawać naleśniki, a niektórzy potrafią wcierać w siebie olejek do opalania przez bite dwie godziny. Poza tym obejrzeliśmy umiarkowanie malownicze widoki (cóż, podczas tej podróży stałem się dość wymagający), i popluskaliśmy się to tu, to tam w pięknych okolicznościach przyrody.
Ostatnim punktem programu w Fethiye była wyprawa do skalnych grobowców Lycjan – ogrodzonych i obsadzonych strażnikiem, który jednak znika po 18.00, umożliwiając wejście za darmo – choć naprawdę szkoda zachodu, w środku grobowca nie ma zupełnie nic, czuć jedynie woń moczu, prawdopodobnie oddanego w akcie frustracji przez turystów, którzy zapłacili za bilet…
Naprawdę ostatnią atrakcją było spożycie 1.5 pide i ayranu domowej roboty – polecam!

Leave a Comment

Your email address will not be published.