Vidin 2010.04.17 102 km


http://vimeo.com/11778243
http://vimeo.com/11778718

Getting to Bulgaria was a bit hard since I had to cross the mountains (otherwise I could have followed the coast but it would have made the route a lot longer) but the picturesque villages made up for all the struggle.
At the border I learned some basic words in Bulgarian (“zdrastie”or “zdravej” for “hello”, “blogodaria” for “thank you”) and was ready for the new country…
At least I thought so… But Bregovo, the town at the border, was like a heavy blow on the head… I felt I was entering a different world, post-nuclear maybe, where humans were no more and the animals took over the power, wandering the streets, hiding in houses that would fall apart soon. Big factory buildings that have never been completed and now crumbling down… It is only after some time that I noticed a lonely shepherd walking in the distance. But it still felt like a different world to me.

Entering Vidin was no fun at all – I arrived after dark and found the entrance to the city closed for road works. Some kind people tried to help me find a shortcut to the city centre which resulted in another angry dog experience and being lost again. Eventually, I made a big tour to reach Vidin and the city gave a weird welcome with some really terrible roads and pimp&hoe teams on the way…
But all the bad memories were gone when I met my host – Liene, Latvian girl doing a volunteering job in Bulgaria. We sat in a restaurant and filled our stomachs with some delicious kofte and talked a little about Liene’s job that consists in helping Romani street children to get adapted to life in Bulgarian society.
Next day we visited the the mahala (neighborhood) where most of Vidin’s Romani people live and saw the the Center where Liene works. The kids have classes in Bulgarian and English (the Romani language is forbidden as some of the teachers can’t understand it), they learn to use computers, play games and hang out with the “right people”. Some of the staff here are Romani – and in their own milieu they are perceived as nuts… Take Rusin, for example: he is 25 and still not married. He is studying Bulgarian literature – what for? He has already had an interesting career – he participated in creating a local TV channel – what a strange job to have! And he tries to help other people living in the mahala – why should you care?
All in all, the place is very small and can only host few kids but it’s definitely worth developing, despite the omnipresent chaos:). There is just too many young Romani that live with no perspective in the dregs of society…

***

Dotrzeć do Bułgarii nie było łatwo ze względu na góry, przez które musiałem przepchnąć mój wehikuł (można również jechać wzdłuż nabrzeża, ale nadkłada się wówczas kawał drogi), ale widok malowniczych wiosek wynagrodził mój trud (inną sprawą jest, jak sięludziom w tychże wioskach żyje).
Sympatyczny celnik nauczył mnie paru podstawowych zwrotów po bułgarsku – zdrastie albo zdrawej = dzień dobry, błogodarja = dziękuję – i już byłem gotowy do podboju Bułgarii…
Tak mi się przynajmniej wydawało. Jednak wjazd do Bregova, przygranicznego miasteczka, stanowił dla mnie spory szok. Przez chwilę miałem wrażenie, że znalazłem się w innym świecie – postnuklearnym, w którym zabrakło miejsca dla ludzi, a natura zgłosiła się po to, co do niej zależy. Biały koń przechadzający się wśród niedokończonych budowli, obecnie popadających w ruinę, owce przechadzające się po starych domostwach, wszystko opuszczone, zniszczone, porośnięte mchem… Dopiero po jakimś czasie dostrzegłem w oddali samotnego pastuszka, ale wrażenie przebywania na innej planecie pozostało…

Wjazd do Vidina okazał się być nie lada wyzwaniem. Po pierwsze, znowu dojechałem po zmroku. Po drugie, główna ulica prowadząca do centrum była całkowicie rozkopana, wstęp wzbroniony, radź sobie sam. Strażnik budowy próbował mi pomóc, wskazując skrót, ale skończyło się na kolejnym psim pościgu. Ostatecznie okrążyłem miasto i wjechałem od zupełniej innej strony – przywitała mnie droga, składająca się z samych dziur i prostytutkowo-alfonsowe komando.
Potem było już znacznie lepiej – po odnalezieniu mnie pod supermarketem Liene, moja gospodyni – Łotyszka, pracująca w Bułgarii jako wolontariuszka, zaprowadziła mnie do restauracji, gdzie solidna dawka kofte na powrót wypełniła mnie energią.
Nazajutrz wybraliśmy się do miejsca pracy Lieny – centrum edukacji romskich “dzieci ulicy”. Placówka ta zlokalizowana jest w sercu dzielnicy zamieszkanej głównie przez Romów właśnie – takie miasto w mieście. W ramach zajęć dla dzieciaków prowadzone są lekcje języka bułgarskiego (cygański jest tu zabroniony, głównie ze względu na kadrę, której część nie rozumie wspomnianego języka), angielskiego, konsultacje z psychologiem, zajęcia sportowe a czasem parateatralne i inne, niedookreślone:) Niektórzy z “nauczycieli” to rodowici Romowie – tyle, że wybrali nieco inną drogę życiową… We własnym środowisku traktowani są jak odmieńcy, ich działania nie zawsze spotykają się ze zrozumieniem. Na przykład taki Rusłan: 25 lat i wciąż bez żony! W dodatku studiuje (po co?!). I jeszcze stara się pomagać innym – istne dziwadło!
Centrum, choć zbyt małe i nieco chaotycznie prowadzone, zdecydowanie ma sens. Zbyt wielu Romów na samym starcie życia stoi na straconej pozycji…

Leave a Comment

Your email address will not be published.