Sombor 2010.04.05 161 km

The first thing to remember when you try to cross the border between Hungary and Serbia is not to try to do this in Bacsszentgyorgy – it’s open only for those who live in the border area, not for internationals. I had myself stopped by border police as they were suspecting I was trying to do something illegal. They were friendly after all, especially when I told them about my traveling plan.
And then I had to cycle back and around to get to Herzegszanto/Back Breg border crossing. And all that wind that was blowing in my back so kindly suddenly became my worst enemy. It started raining and it all became dark before I even entered Serbia… The guy in the booth at the border looked very unhappy (bad weather?) and didn’t like anything of what I told but he gave me the stamp and that counts (he was quite upset thinking I was speaking Russian with him, he only calmed down a little when he learned that it was Polish that I was using).
And the quality of the roads there, my oh my… Slaloming the holes when it’s completely dark is not the best entertainment I can imagine. And all those dogs barking around… Creepy.
There was also a roe deer that jumped just a couple of meters before my bike…
I was really, really glad to meet my host – Darko. He came to the main street in Sombor by car and from then on I followed him to his house where I also got to meet his wife, Miriana. Darko had hitch-hiked a lot across Poland and was happy to thank my country for its hospitality by hosting me humble self. Lucky me!

We started off the following day with some tasty burek (a kind of bread/cake with a filling – white cheese or meat) and went to see Darko at work.
My host has had quite a career as basketball player (this sport is quite popular here and Serbian national team is one of the best in Europe and maybe even in the world) and now works as a coach for kids. I was a little ashamed to find that those 11-year old kids were already playing a lot better than I do…

During my stay in Sombor we would also visit one Polish-Serbian family. The ladies – Barbara and her daughter Renata – seemed to be happy to see a Polish person there and noticed I was getting some tan already, even though there hadn’t been any really sunny day yet this year.

We talked a little about the war that ravaged former Yugoslavia – luckily this region stayed intact. The only ethnic problem, but not a big one, is the non-integration of Hungarian minority – they refuse to learn Serbian language and stay in enclosed communities. And then, there is of course the Romani/Gypsy issue but I’ll come back to that later.

Since Darko had a day off he decided to join me on his bike for a small part of my route – and arranged a stay for me in his family’s house in Backi Gracac…

***

Nigdy, przenigdy nie próbujcie przekraczać granicy w Bacsszengyorgy – znajduje się tam przejście tylko i wyłącznie dla mieszkańców pasa przygranicznego, cała reszta świata powinna się udać do Hercegszanto. Co i ja uczyniłem, nadkładając kawał drogi i walcząc z wiatrem, który do tej pory usłużnie dął mi w plecy, a teraz stał się moim najgorzm wrogiem. Zaraz potem jak wykonałem w tył zwrot, pojawił się samochód straży granicznej z dociekliwymi funkcjonariuszami w środku. Całe szczęście, okazali się być bardzo sympatyczni, zwłaszcza po zapoznaniu się z moim pomysłem na wycieczkę.

Smutny pan na granicy po stronie serbskiej (miejscowość nazywa się Backi Breg) podszedł do mnie nieufnie, żadna z moich odpowiedzi mu nie przypadła do gustu, a najbardziej wyprowadziło go z równowagi, że ponoć mówiłem po rosyjsku – wyjaśniłem mu, że to nie rosyjski, tylko polski i trochę się uspokoił. Grunt, że stempel został przystawiony.

Nie polecam serbskich dróg, zwłaszcza nocą. Slalom między dziurami po ciemku nie sprawił mi wiele frajdy. Dodatkową antyatrakcję stanowił deszcz, tudzież co jakiś czas odzywający się nie wiadomo skąd pies.
Jeszcze jeden bonus stanowiła sarna, która przebiegła przed rowerem w odległości paru metrów.

Mój gospodarz, Darko, wykazał się wyrozumiałością i przyjął mnie z wszelkimi honorami – w ramach wdzięczności za życzliwość z jaką się spotkał, podróżując autostopem po Polsce. Jego żona, Miriana, choć nie do końca wtajemniczona w couchsurfing, była dla mnie również bardzo miła.

Następny dzień rozpoczęliśmy od solidnej dawki burka – chlebo-ciasta z farszem z białego sera lub mielonego mięsa i wybraliśmy się do pracy Darko.
Mój gospodarz ma za sobą karierę sportową – grał zawodowo w koszykówkę w kilku klubach – i obecnie trenuje dzieciaki w wieku 10-12 lat. Z niezłymi efektami – oceniam, że każdy z jego podopiecznych byłby w stanie mnie ograć:)

W Somborze odwiedziliśmy również polsko-serbską rodzinę – spotkałem się z bardzo ciepłym przyjęciem, goście z Polski w tych rejonach to rzadkość:)

Porozmawialiśmy sobie trochę o wojnie, która – całe szczęście – oszczędziła Sombor i okolice. Jedyny problem okołoetniczny stanowią obecnie Węgrzy, niekwapiący się do integracji z miejscowymi i nie władający językiem serbskim. I, rzecz jasna, Romowie – ale to zupełnie inny temat, do którego wrócę później.

Darko miał dzień wolny od pracy, więc postanowił wskoczyć na rower i potowarzyszyć mi przez następny, krótki etap. Kolejny przystanek to Backi Gracac – rodzinna wieś Darko, w której załatwił mi nocleg. 

Leave a Comment

Your email address will not be published.