Silistra 2010.04.27 62 km

The route to Silistra was marked by two meetings – the first one in Bogdantsi, where I made a stop to buy some refreshments. When I sat next to the shop to have my pancake a group of local Gypsies approached. I couldn’t make out what they were saying but they were surely interested in my vehicle:) After a while a car arrived and out came Valeri, the coolest guy in town. In very good English he told me about the village populated mostly by Turkish Gypsies (that is precisely how they refer to themselves; the word “Romani” would be completely out place here) who don’t speak any Bulgarian and don’t even try to integrate with the hosting nation… which of course leads to hostility and general lack of understanding. And on top of it – as I was told by Valeri – lots of his fellow villagers earn their money in not-all-legal ways…
However, there are some Gypsies that broke the spell and succeeded in their career just like Valeri – he speaks a number of foreign languages and has quite a good job actually as he is in charge of animating activities for female tourists in one of Black Sea resorts… The season was about to start and Valeri was eager to get back to work. No wonder…
All other Gypsies, though, were completely incommunicable for me – they needed Valeri to translate all the time and all the time they would stick to one and only subject – why on Earth am I cycling that far and why am I traveling at all? What a strange question to be asked by representatives of once most on-the-move nations in the world… What happened to you, guys? The only feature they preserved from their nomad way of living is the love for horses. Here nobody compares their cars or girlfriends – the horse is the key status-marker.
I had to refuse the hospitality of Valeri as I have only cycled a short distance that day but I was “warned” that when I get to Turkey people will keep inviting me to drink tea, hang out or stay in their homes…
When I was getting close to Silistra, I stopped for a while to take some photo shots of the landscape around me. And as I was doing so a cyclist approached. Svetlo was his name and it means “the light” and he certainly brought me some light that day… After a couple of minutes chatting he invited me to stay at his family apartment close to Silistra as he was heading there to pay his parents a visit. On the way he showed me the natural reserve in Srebarna – marshes with intense blue spots of water here and there and all kinds of birds flying around. And when we arrived at home I was offered some delicious fish meal and shown some photographs of Svetlo’s 6-month trip to India. My new friend told me a lot of stories about his Asian experience and I hoped to see him again soon as he was heading for Turkey later on…
And he also organized a couch for me in Varna where I was heading in two days.

***

Trasa do Silistry to przede wszystkim dwa spotkania: pierwsze z nich w miejscowosci Bogdantsi, gdzie zatrzymałem się na parę chwil w celach zakupowych. Gdy rozsiadłem się wygodnie pod sklepem (prawdopodobnie jedynym we wsi) i zacząłem pałaszować świeżo zakupiony naleśnik, zostałem otoczony przez grupkę lokalnych Cyganów. Choć ich mowy nie rozumiałem ni w ząb, to jasnym było, że ich ożywione rozmowy dotyczą mojego wehikułu. Po chwili pod sklep podjechał samochód, z którego wyskoczył Valeri – najbardziej spoko koleś w okolicy. W bardzo dobrym angielskim opowiedział mi o Bogdantsi, gdzie niemal wszyscy mieszkańcy to tureccy Cyganie (określenie bynajmniej nie obraźliwe, jako że sami je stosują; nazwać ich Romami byłoby zupełnie nie na miejscu), nie mówiący ani trochę po bułgarsku i niespecjalnie starający się zintegrować ze swoimi bułgarskimi gospodarzami… A to, rzecz jasna, prowadzi do niezrozumienia a nawet wrogości… Zwłaszcza, że – jak przyznał Valeri – większość jego pobratymców zarabia na życie metodami w najlepsym wypadku półlegalnymi.
Całe szczęście, niektórym udaje się wyrwać z zaklętego kręgu, Valeri jest najlepszym przykładem: włada kilkoma językami i posiada bardzo dobrą pracę – jest animatorem czasu wolnego turystek w kurorcie nad Morzem Czarnym… Wkrótce rozpoczyna się sezon, nic dziwnego, że już nie może się doczekać, kiedy wróci do roboty…
Z pozostałymi Cyganami porozumiałem się za pośrednictwem Valeriego właśnie – nie mogli pojąć jak i po co tak daleko zajechałem na rowerze. Cóż za dziwne pytanie w ustach przedstawicieli ludu, który do niedawna słynął z ciągłego przemieszczania się. Co się z wami stało, Cyganie? Jedyną pozostałością po wędrownym trybie życia jest zamiłowanie do koni – tutaj wyznacznikiem statusu nie jest klasa auta czy uroda żony ale jakość konia właśnie…
Na koniec musiałem wykręcić się od zaproszenia do domu Valeriego – wszak dziś jeszcze daleko nie zajechałem. Zostałem za to uprzedzony, że w Turcji od gościny nie uda mi się wywinąć:)
W drodze do Silistry zatrzymałem się na krótką foto-sesję z pejzażem w roli głównej. W trakcie pstrykania podjechał do mnie rowerzysta – Svetlo czyli “światło” (to nie ksywa, naprawdę ma tak na imię). Po krótkiej, sympatycznej rozmowie Svetlo zaoferował mi couch w rodzinnym mieszkaniu, do którego właśnie wracał po półrocznej podróży do Indii. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy rezerwacie w Srebarnej – bagniskach poprzetykanych arcybłękitnymi kałużami, z ptakami wszelkiej maści latających dookoła – istny raj dla ornitologów.
Zostałem podjęty pyszną rybną kolacją, tudzież opowieściami indyjskimi. A na deser – załatwienie noclegu w Varnie, jednym z kolejnych przystanków na mojej drodze…

Leave a Comment

Your email address will not be published.