Craiova 2010.04.20 95 km

Getting to Craiova was easy except for the ferryboat from Vidin to Calafat, Romania… There is no schedule, you just need to be lucky to hop on the boat when it’s there. I arrived at the pier some 2 minutes too late and hate to wait for 1,5 hour…
Rain was a faithful companion during that day. At some point it was pouring so heavily that I had to stop and hide in a little shop/bar in some village. Soon I had a couple of local bar-goers asking me all sorts of questions – in Romanian, of course. I put my French into operation and tried to make it sound Spanish enough so that it becomes similar to Romanian. It worked surprisingly well and soon a bunch of sixty-something year olds was explaining me the miracles that a GPS would bring upon me If I had one. I remained unconvinced, however, and when it stopped raining I set off for Craiova.
Where I was received by Raz, his girlfriend Alex & his family – and it really was a warm welcome. I tried some family-produced wine – it was delicious and probably quite strong. I was also shown around the city – the main square was still decorated with some huge kitschy Easter decorations. We also walked the nature museum located nearby – it had been renovated recently with EU money and the investment definitely was worth it. Some of the stones and birds you can see in there (the birds are not alive, of course) are really amazing…
I also got to taste some mamaliga, the dish that would make me scared whenever I even heard about it. But when I tasted it – it was really good. It’s corn-based and difficult to compare with anything else…

***

Dotarcie do Craiovej nie stanowiło problemu, wyjąwszy oczekiwanie na prom do Calafat w Rumunii. Brak jakiegokolwiek rozkładu jazdy sprawia, iż należy liczyć na łut szczęścia. Mi takowego akurat zabrakło – spóźniłem się o jakieś 2 minuty i na następny prom przyszło mi czekać półtorej godziny…
Deszcz był tego dnia moim wiernym towarzyszem. W pewnym momencie zaczął tak ostro zacinać, że musiałem się schronić w wioskowym baro-sklepie. Po chwili zostałem otoczony kordonem bywalców lokalu – starszych panów, którzy bardzo chcieli się ze mną porozumieć. Po rumuńsku, rzecz jasna. Włączyłem zatem mój francuski, przetworzyłem wymowę na bardziej hiszpańską i czekałem na reakcje. O dziwo, komunikacja wyszła nam całkiem nieźle – po paru chwilach ekipa sześćdziesięcioparolatków próbowała mnie przekonać do cudownego wynalazku, jakim jest GPS. Pozostałem nieugięty i ruszyłem w drogę, gdy deszcz zelżał…
W Craiovej zostałem podjęty przez Raza, jego dziewczynę – Alex i sympatyczną rodzinkę. Na wstępie skosztowałem domowego wina w kilku wersjach – wszystkie przypadły mi do gustu. Zostałem również oprowadzony po mieście – plac centralny był wciąż przystrojonony monstrualnych rozmiarów dekoracjami w bardzo złym guście. Odwiedziłem muzeum przyrodnicze, niedawno przemodelowane za pieniądze z UE. Choć w tych rejonach z pieniędzmi z Unii dzieją się różne dziwne rzeczy, to tym razem inwestycję należy uznać za udaną. Ekspozycja jest ciekawa, wypchane zwierzaki wyglądają imponująco, różniaste minerały mienią się wszelkimi możliwymi kolorami… Polecam.
I najważniejsze – spróbowałem mamałygi, której smaku bardzo się obawiałem i …przeżyłem. Ci, którzy nie kosztowali, niech żałują.

Leave a Comment

Your email address will not be published.